14.02.2017 r. – DRAMATURGIA WALENTYNKOWEJ FARSY

Wieczór 14.02.2017 roku w Teatrze Nowym w Zabrzu zapowiadał się emocjonująco, ale nikt z nas nie sadził, że aż tak. Plan był taki: o godz. 18:00 rozpoczynamy przedstawienie „ O co biega?”, a tuż po nim czeka na widzów słodki poczęstunek i lampka szampana. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Każdy wiedział co i kiedy ma robić i za co jest odpowiedzialny. 259 talerzyków i tyle samo szampanówek czekało tylko na napełnienie i wychodzących, rozbawionych farsą widzów.

Powoli zbliżaliśmy się do końca pierwszego aktu. Obserwując kolejny raz owo przedstawienie widzę, że do kolejnej sceny o dziwo nie wychodzi aktor, grający główną rolę pastora. Zza pleców słyszę komentarze innych aktorów, którzy swoje wejście mają pod koniec sztuki: ty, co jest? gdzie Robert? Z fajki nie zdążył, w kiblu jest czy jak? Zgromadzona widownia śledzi nadal z zaciekawieniem spektakl, zupełnie nieświadoma jakichkolwiek zmian na scenie.

W mojej głowie pojawiła się niepewność, gdy rozpoczęliśmy scenę Idy i biskupa: czy aby przyczyną niepojawienia się Roberta na scenie była nagła potrzeba skorzystania z toalety? Ania Konieczna, która w tym spektaklu rewelacyjne wciela się w rolę sprzątaczki Idy, wpadła na deski teatru z nietypową miną, jak dla jej postaci. Dziwnie mrugając oczami, dzikimi tikami i komiczną nadruchliwością chce dać znać swojemu partnerowi scenicznemu, by mimo wszystko grał dalej. Panu Kieryczowi, który cały czas był na scenie, ciężko było odczytać z wydziwasów Ani jej główne przesłanie – czyli „…ciś Marian, ciś dalej!!!” Biedny biskup był tak przerażony, widząc swoich kolegów na scenie sztucznie i podejrzanie się zachowujących, że mam wrażenie, zaczął się zastanawiać – co się tu do diabła dzieje, co oni wyprawiają? Przedstawienie mimo wszystko trwa nadal, ludzie na widowni śmieją się do łez, jak to na farsie. Nagle, tuż przed samą przerwą, tylnym wejściem widowni wchodzi szatniarka z przerażoną miną i wywołuje kierowniczkę organizacji widowni. O co biega? Bo o coś do ciężkiej cholery musi biegać – pomyślałam.

Sekundy lecą, kierowniczka wraca z informacją: Robert ma krwotok, z nosa czy nogi – nie usłyszałam dokładnie. Koledzy stojący obok mnie wychodzą z widowni ze słowami na ustach: no to koniec, trzeba zerwać przedstawienie, nie da się zagrać bez Roberta!!!

Cała obsługa spektaklu i widowni jest zdezorientowana, nikt nie ma pojęcia co będzie za minutę. Nagle znowu ktoś wpada tyłem i kogoś woła, szybka wymiana zdań, słowa-hasła i niepewne decyzje. „ Kasia, szybko, ciasto dajemy teraz”- słyszę od kierowniczki !!! Słodkości niestety, a może stety nie doczekały do końca przedstawienia. Czekały pokrojone, choć nie porozkładane, grzecznie na swoją kolej. Biegnę do biura. Widzę swoich kolegów i koleżanki latających z talerzykami po całym foyer. Ktoś nakłada ciasto, ktoś podaje talerze, pani Jola (kasjerka) nosi w dwóch rękach osiem pełnych talerzyków i tłumaczy się nerwowo, bardziej sama przed sobą, niż przed nami: zawsze umiałam dziewięć, a dziś nie umiem!!! Szpilki lecą z nóg, w kąt – bo nie czas ich żałować, gdy płoną lasy. Mamy naszykowane może ze czterdzieści, a gdzie reszta? Zaczynam, jak tylko mogę pomagać ekipie. Jakoś przyspieszyło. Dżizus!!! Nikt nie ma czasu liczyć porcji. Nagle kończy się i ciasto i pierwszy akt. A nam pot kapie z … nosa.

Słyszę swoją kierowniczkę, która zaprasza widownię na przerwę, jednocześnie informując, że może się trochę wydłużyć, za co z góry przepraszamy, „że Państwo nawet nie mają świadomości jakie dantejskie sceny się działy tuż za kulisami i że po przerwie główna rola będzie grana przez innego aktora”. Następują gromkie oklaski. Rozbawiona, ciągle niedowierzająca widownia częstuje się słodką przekąską, a ja przypominam sobie, że przecież widziałam w Platanie Mateusza (którego postać później wyjaśnię). Z tłustymi i lepkimi łapami lecimy z Janickim w kulisy. Co teraz, co się stało i co robimy? Fakty są takie: Robert-pastor zostaje napadnięty w spektaklu przez Niemca, który to zwleka go ze sceny. W tym to właśnie momencie Robert przecina stopę o rozbitą butelkę, której nikt wcześniej nie zauważył. Leży w kulisach z nogą podniesioną do góry, krew tryska, ścięgna uciekają i nie ma już nawet nikłych szans, by wrócił na scenę. Strażak opatrujący ranę czeka na karetkę. Jest w drodze. Ale co robimy z przedstawieniem?! Z salą pełną widzów, w ten wyjątkowy wieczór?! W tej chwili ktoś krzyczy szeptem do inspicjentki: dzwoń do Mateusza, przecież jest w Zabrzu! Czyli jeszcze z moim wzrokiem nie jest tak źle. Nadzieja nie umarła. Karetka zabiera Roberta, mijając Mateusza przed teatrem.

Drugi akt zaczynamy z dziesięciominutowym opóźnieniem. Dalsza część przedstawienia odbywa się bez zakłóceń. Mimo wszystko szampana rozlewaliśmy z duszą na ramieniu, czy aby już żadna niespodzianka tego dnia nas nie czeka? Widownia po skończonym spektaklu, popijając szampana, o całym wieczorze mówiła tylko w superlatywach, a fakt nieszczęśliwego wypadku potraktowali co niektórzy jak primaaprilisowy żart.

Winna jestem jeszcze wyjaśnienie pojawienia się Mateusza – aktora, który tak z „biegu” potrafił zagrać główną rolę w przedstawieniu „ O co biega?”. W pierwszej obsadzie owego spektaklu, rola pastora przypadła właśnie Mateuszowi. W listopadzie zeszłego roku musieliśmy robić nagłe zastępstwo, ponieważ Mateusz połamał nogę na spacerze. Przez kolejne trzy miesiące odtwórcą roli był Robert. Spektakl Walentynkowy miał być jego ostatnim przedstawieniem, gdyż postanowił po koleżeńsku zwrócić rolę Mateuszowi. Nikt jednak nie przypuszczał, że los będzie to chciał zrobić w połowie spektaklu… Wieczór dobiegł końca, ale emocje nie opadły. Uświadomiliśmy sobie wtedy wszyscy jak niedaleko pada dramat od farsy i że w życiu, jak i w teatrze – nie tyko ważna jest ręka w rękę ale i noga w nogę.

Katarzyna Gatner

Biuro Promocji i Organizacji Widowni Teatru Nowego w Zabrzu