„CITY OF STARS – ARE YOU SHINING JUST FOR ME?”

Po raz trzeci duet Stone-Gosling, oklepany zarys fabuły, kategoria musicalu, a do tego dochodzące z każdej części świata zachwyty – mnie osobiście nieszczególnie te argumenty przekonywały do pójścia do kina, ale że w miarę możliwości czasowych spędzam tam dość sporo czasu, na Oscarowym pewniaku 2017 roku, także nie mogło mnie zabraknąć. Film obejrzałam prawie miesiąc temu, tuż po jego premierze, więc możliwe, że ten tekst nie będzie na tyle emocjonujący na ile prawdopodobnie jest La La Land. W każdym razie, siedząc jak zawsze w czwartym rzędzie od góry, na wprost centrum ekranu, przez pierwsze dziesięć minut myślałam, że wyjdę z sali przed końcem seansu, co jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło. Po typowym, musicalowym, rozśpiewanym przez bardzo liczną grupę uśmiechniętych ludzi początku, zaczęłam poznawać głównych bohaterów. Też mnie nie porwali. Emma Stone jak zwykle magnetyzująca i z rudym włosem na głowie. Ryan Gosling też nic nowego. Chociaż w jego przypadku to pewnie nawet po przejściu gruntownej metamorfozy by mnie nie zaskoczył bo kilka lat temu jak każda porządna gimnazjalistka uważnie przestudiowałam jego filmografię. Emma i Ryan razem… też nic szczególnego. Parą byli w „Kocha, lubi, szanuje”, a parą przeniesioną o kilkadziesiąt lat wstecz… No też już byli, w „Gangster Squadzie”. Fabuła tym razem troszkę inna, ale nadal bez intryg jak u Finchera czy sypiących się trupów jak u Tarantino. Mia i Sebastian spotykają się parę razy, że niby przypadkowo, ale może jednak nieprzypadkowo bo może to było przeznaczenie, chociaż nie wiadomo, więc pewnie przypadek. Taki standardzik. Oczywiście na początku są dla siebie lekko złośliwi co by nadać trochę flirtu i zadziorności temu wszystkiemu. Później zaczynają opowiadać sobie nawzajem o własnych pasjach czyli kinie i muzyce jazzowej, niespełnionych marzeniach. Odnajdują w sobie nawzajem fragmenty siebie samych, zakochują się, wspierają, kłócą, rozstają i wracają do siebie. Taki typowy nastoletni związek  tylko tutaj bohaterowie są koło trzydziestki… Kurczę, cieszę się, że nie przeczytałam żadnego artykułu o najnowszym dziele Chazelle’a przed seansem bo jeszcze trafiłabym na coś tak powierzchownego jak właśnie ja tutaj popełniam i nigdy nie przekonała się jaki La La Land jest genialny. Tylko ten jego geniusz właśnie dla odmiany kompletnie nie tkwi w fabule (raczej szablonowa, bądźmy szczerzy) ani grze aktorów (Gosling się nie popisał, trzeba przyznać). Muzyka była przepiękna, ale nie jest ona powodem masowego zakochiwania się w La La Landzie. W tym filmie dużo zdziałały zdjęcia i przede wszystkim montaż. Ale najlepszym co  się tutaj pojawiło było zakończenie. I nie mam na myśli tego, że zakończenie było najlepsze bo film się skończył jak to na przykład jest z „Ciachem” Vegi, ale chodzi mi o to, że zakończenie było zjawiskowe, magiczne. Po prostu przepiękne. Ale w zasadzie to kompletnie niezaskakujące. Nie można go porównać do „Fight Clubu” czy „Wyspy Tajemnic”. Mówiąc je komuś, nie zepsujemy tej osobie seansu bo finał jest taki, jakiego każdy mógłby się domyślić oglądając jakikolwiek inny film, ale jeszcze nigdy nie został ukazany tak pięknie. Możemy mieć albo być – gorzka nuta na zakończenie radosnej piosenki i przestroga, która na pierwszy rzut oka wydaje się nie do końca mądra: Uważajcie o czym marzycie bo marzenia mają to do siebie, że czasami się spełniają.