DRAMA I MECENAT. MAŁA REWOLUCJA NA POLSKIM YOUTUBIE

Dzień Dziecka. Trudno o lepszą datę do wspomnienia o fenomenie, jakim jest społeczność polskiego YouTube’a. Szczególnie, że ostatnio miały miejsce pewne wydarzenia, które mogą wpłynąć na dalsze losy czołowych polskich twórców i rzesz ich wiernych fanów.

Inwazja YouTube’a

My, Polacy, lubimy jak jest za darmo. Nie chcę wnikać czy to jakaś trauma po niedostatku i szarości realnego socjalizmu, próba odreagowania trudnych lat transformacji, czy po prostu efekt relatywnego ubóstwa tej części Europy. Albo też czegoś zupełnie innego. W każdym razie jesteśmy w czołówce europejskiego piractwa komputerowego, nagminnie korzystamy z nielegalnego oprogramowania, a po cyfrową kulturę: książki, filmy, seriale, gry – sięgamy jak po swoje. To u nas od ponad 10 lat działa portal z gryzoniem w nazwie, który jest bazą milionów nielegalnych plików i przez dekadę nikomu nie udało się go zamknąć. W takim krajobrazie bez probemów hitem okazał się YouTube – platforma społecznościowa umożliwiająca umieszczanie i strumieniowe odtwarzanie plików audio i wideo, w dodatku całkowicie bezpłatnie. Skala popularności jaką osiągnąła w Polsce należąca obecnie do koncernu Google spółka, jest wyjątkowa na skalę ogólnoświatową.

Twórcy publikujący w serwisie YouTube, swoją pozycję mierzą dwojako: liczbą wyświetleń oraz liczbą subskrypcji. Ważniejszy wydaje się ten drugi czynnik, ponieważ o ile ilość wyświetleń może być sztucznie pompowana przez wielokrotne odtworzanie konkretnego filmu, o tyle subskrypcje dość dobrze opisują potencjalny zasięg kanału. Każdy film danego twórcy wyświetli się w liście subskrypcji u każdego subskrybenta. A stąd już tylko jedno kliknięcie i youtuber zyskuje widza dla swojego materiału. W Polsce najpopularniejszy kanał osiągnął ponad 3 mln subskrybentów (SA Wardega). Ma on jednak charakter międzynarodowy, bo wypełniają go pranki, rodzaj dość kontrowersyjnych żartów. Prowadzone w pełni po polsku produkcje również mogą poszczycić się imponującymi zasięgami, kilka kanałów ma nawet po 2 mln subskrypcji i kilka/kilkanaście milionów wyświetleń hitowych materiałów. W skali niespełna 40-milionowego kraju, porównując te dane chociażby z oglądalnością telewizji, to ogromne liczby. Młodzi twórcy traktowani są jak celebryci, przez chwilę ukazywał się nawet papierowy magazyn Tube News będący rodzajem YouTube’owego tabloidu dla młodzieży. Dla dzisiejszych nastolatków, tzw. digital natives, YouTube jest doświadczeniem pokoleniowym, wielokrotnie ważniejszym od jakiejkolwiek innej platformy mediów tradycyjnych.

Uwaga drama!

W ostatnich tygodniach zainteresowani węwnętrznymi napięciami widzowie, przeżywali konflikt dwóch dużych twórców, tzw. gamerów czy letsplayerów (na ich kanałach pojawiają się materiały, w których grają oni w różne gry, komentują rozgrywki itp.), mający swój finał w sądzie oraz w materiale TVN-u. Drama, bo tak zwykło nazywać się konflikty youtuberów, wyzwoliła fale internetowej nienawiści, podżegania do używania przemocy i festiwalu obelg wszelkich rodzajów. Dzięki zainteresowaniu ze strony głownonurtowych mediów, sprawa stała się dość głośna i wywołała wiele komentarzy dotyczących jakości YouTube’owej rozrywki, odpowiedzialności twórczej i standardowej histerii spod znaku: „Ach, to nowe pokolenie, dokąd to wszystko zmierza, na komputerach siedzą, a nie na trzepakach”. Hejt, którego w internecie codziennie wylewają się hektolitry, jest oczywiście problemem – należy go zwalczać tak samo w Sieci, jak i na ulicach. Mowa nienawiści, ksenofobia, rasizm, homofobia są na fali wznoszącej i jest to niepokojące. Inna sprawa, że – moim zdaniem – YouTube akurat w tej materii robi więcej dobrego, niż złego.

Potrafię sobie wyobrazić wiele gorszych rzeczy, które może zrobić 12-latek, niż oglądanie wulgarnego programu w internecie. Nawet takiego z bardzo niewybrednymi żartami, nawet obfitującego w werbalną czy symboliczną przemoc. Rolą rodziców jest ewentualne ograniczanie swoim dzieciom dostępu do takich treści. Nie można przecież mieć pretensji do Steavena Seagala, że grał w głupawych filmach o mordobiciu, bo oglądają je teraz niepełnoletni. Szczególnie, że również ci wulgarni letsplayerzy, czy przywoływany w takich sytuacjach kanał Macieja Dąbrowskiego vel Człowieka Wargi (ZDupy), potrafią przemycić do swoich materiałów wiele wartościowych treści. To właśnie Dąbrowski, gdy już skończy opowiadać obrzydliwe żarty, poleca dobrą literaturę, filmy, muzykę. Prawie zawsze staje w obronie słabszych w głośnych medialnych sprawach, dystansuje się wobec politycznych ekstremizmów, szanując przy tym racje ludzi o odmiennych od swoich poglądach. Myślę, że dla wielu dzisiejszych gimnazjalistów jego program może mieć charakter formacyjny i nie obawiam się wcale o efekty takiej formy edukacji. Nawet nieszczęsne i nieprawdopodobnie popularne kanały z grami – Minecraftem czy Counter Strikiem
– pokazują i kształtują różne formy współpracy, a dzięki kontrowersyjnym prowadzącym, uczą dystansu do siebie i świata. Nie wydaje mi się to w niczym gorsze od nocy kabaretowych, celebryckich skoków do wody, brzmiących znajomo twarzy i reklamowej papki wypełniającej ogrom czasu antenowego w telewizji.

Czasem wystarczy poszukać

Tak jak w „starych” mediach obok krzyżówek znajduje się publicystyka, a obok sitcomów znaleźć można ciekawe filmy dokumentalne, podobnie na YouTubie – pośród zalewu zwyczajnej rozrywki, znajdują się perełki. I jest ich całkiem sporo. Polscy twórcy oferują odpowiedzi na pytania dotyczące Wszechświata i fizyki teoretycznej (SciFun), debunkują pseudonaukowe mity (Uwaga! Naukowy Bełkot), w zabawny sposób reinterpretują historię (G. F. Darwin), próbują w możliwie najprzystępniejszy sposób streszczać lektury szkolne (Mietczyński) albo uczyć poprawnej polszczyzny (Mówiąc Inaczej). Są też tacy, którzy kamerę zabierają w podróż autostopem do Magadanu, a rok później do obozów dla uchodźców w Calais i na granicy grecko-macedońskiej (Autostopem Na Koniec Świata; Jak Jest?) oraz rzesza innych youtuberów/-ek zajmujących się gotowaniem, makijażem, wizażem, modą, podróżami, publicystyką, meandrami codziennego życia na emigracji i setkami innych rzeczy. I jest jeszcze Gonciarz.

Mecenat 2.0

Krzysztof Gonciarz, weteran polskiego YouTube’a, który zaczynał od pisania o grach wideo, a później kręcenia o nich filmów, jest dla mnie koronnym przykładem, że da się robić jakościowe rzeczy w internecie. Da się stworzyć platformę mądrej wymiany poglądów, da się stawić czoła hejtowi i głupocie, da się pokazywać świat w sposób zmuszający do myślenia. Gonciarz prowadzi kilka kanałów, na każdym z nich ma po kilka serii filmów (Krzysztof Gonciarz, Zapytaj Beczkę, TheUwagaPies). Nie ma sensu rozpisywać się nad zawartością tej oferty, kto chce, niech sprawdzi. Polecam. Autor mieszka od 2 lat w Tokio i jego najnowszym projektem są codzienne filmy (vlogi) pokazujące japońską codzienność. Idea vlogowania to dla Polaków żadna nowość, podobnych serii w polskojęzycznej części serwisu są setki. Nowością nie jest również idea dotowania twórców internetowych przez społeczności skupione wokół nich. W Polsce to jednak zazwyczaj nie wychodziło. Jak wspominałem wcześniej, Polacy chcieliby, żeby była jakość i żeby była za darmo. Potrafię sobie przypomnieć niezliczone sytuacje, gdy prezentowanie w filmach product placement, nawiązywanie współpracy sponsorskiej z firmami czy nawet dochody z reklam, stawały się przyczynkiem do zarzucania youtuberom braku wiarygodności, „sprzedania się” i grupowych „wyprowadzek” z kanałów. Albo jednak coś się zmieniło, albo społeczność zbudowana wokół Krzysztofa Gonciarza to ewenement, bo autor w kilka dni zebrał na portalu służącym do wspierania inicjatyw i twórców, oszołamiającą kwotę 25 tys. złotych miesięcznie. Oznacza to, że będzie mógł sprofesjonalizować swoją działalność, zatrudnić ludzi, kupić sprzęt, zwiększyć częstotliwość wypuszczania dłuższych, kosztowniejszych, efektowniejszych produkcji. YouTube goni telewizję, technologia umożliwia realizację coraz lepszej jakości nagrań coraz mniejszym nakładem środków, a atmosfera autentyzmu, tworząca się w internecie relacja twórca – odbiorca, nieograniczony kontakt z autorem – to cechy platform społecznościowych, o których telewizja może pomarzyć.

Polski YouTube przeżywa więc dziś kolejną małą rewolucję. Z jednej strony zaczął przyciągać uwagę mainstreamowych mediów i szerszej publiczności, będzie więc wzbudzać kontrowersje, jako że przekaz internetowy różni się znacząco formą od tego „uładzonego”, znanego z tradycyjnych mediów. To jednak raczej szansa, niż zagrożenie dla tego środowiska, bo jakieś formy społecznej kontroli powinny się twórcom przysłużyć – wojna z hejtemtrollingiem i innymi negatywnymi zjawiskami w internecie, potrzebuje żołnierzy. Nie ma znaczenia miejsce ich rekrutacji. Z drugiej strony, wreszcie wydaje się, że widzowie zrozumieli podstawową ekonomiczną zależność rządzącą dzisiejszą rzeczywistościa: bez finansowego wsparcia, każdy, nawet najciekawszy kanał, w końcu napotka ścianę i przestanie się rozwijać. Chęć dofinansowywania swoich ulubieńców przez odbiorców może zatrzymać ten trend, umożliwić youtuberom rozwój, bez angażowania się w nachalne kampanie reklamowe, lokowanie produktów, wykłady o niczym, płatne autografy, wydawanie beztreściowych książek. Wątpie, żeby uznani twórcy chcieliby robić wszystkie te rzeczy, gdyby nie musieli. Crowdfunding – jedna z najszczytniejszych idei współczesnej, zdominowanej przez technolgię, ekonomii – to dla YouTube’a szansa. I mam nadzieję, że zostanie w pełni wykorzystana.