FABRYKANT REMIGIUSZ MRÓZ

Remigiusz Mróz, doktor nauk prawnych, rocznik 1987, wydał w tym roku sześć powieści. Sześć. Każda liczyła solidne kilkaset stron i każda sprzedała się w przynajmniej zadowalającym nakładzie. Czy ma sens pisanie w takich ilościach i jak odbija się to na jakości? I czy w ogóle takie pytania mają sens, skoro czytelnicy najwyraźniej są usatysfakcjonowani?

Szaleńcze tempo

Mróz debiutował w 2013 roku pierwszym tomem trylogii „Parabellum” osadzonej w realiach II Wojny Światowej. Później czas przyszedł na rozpoczęcie prawniczo-sensacyjno-kryminalnego cyklu z Joanną Chyłką – do dzisiaj ukazały się cztery tomy – oraz na kolejną trylogię, tym razem bardziej klasycznie kryminalną, z Wiktorem Forstem w roli komisarza. Do tego w międzyczasie zdołał dołożyć jeszcze cztery inne książki. 14 powieści w 3 lata. Do tego studia doktoranckie, trochę artykułów naukowych i na temat pisania, wykłady, chodzenie po górach i życie rodzinne. Sporo jak na 29-latka, prawda? Sam przyznaje, że czuje przymus pisania kilkunastu stron dziennie, a w szufladzie trzyma już 20 skończonych pozycji. Jaka jednak literatura powstaje w tak katorżniczych warunkach?

To zależy jak na to spojrzeć. Skończyłem niedawno trylogię z Forstem i jestem na bieżąco z serią o Chyłce, nie czytam tego ironicznie, tylko dla przyjemności, nie jest to więc wcale takie złe. Przynajmniej jeśli zaufać mojemu gustowi. Jednak „Parabellum” rzuciłem po kilkudziesięciu stronach z powodu, który – moim zdaniem – jest największą wadą pisarstwa Mroza: pod wieloma względami jest niechlujne. I wynikać to może właśnie z szaleńczego tempa jakie autor sobie narzucił.

Rozumiem, że reguły rynku jaki rządzi dzisiejszą popkulturą nakazują monetyzować sukces. To już jednak chyba jakaś kompulsywna wersja rynkowej ortodoksji albo zwyczajny pracoholiczny nałóg. Mróz w zasadzie od rozpoczęcia cykli z Chyłką i Forstem znajduje się na fali wznoszącej, jego powieści są eksponowane w popularnych sieciach księgarń, udziela wielu wywiadów, za „Kasację” dostał Nagrodę Wielkiego Kalibru przyznawaną przez czytelników. Mam jednak nieodparte wrażenie, że to wszystko mogłoby mu się przydarzyć również w przypadku, gdyby wydał dwie powieści zamiast sześciu w ciągu roku i po prostu trochę dłużej nad nimi posiedział. Bo momentami dzieją się tam rzeczy literacko niewybaczalnie mizerne.

Miejsca

Przede wszystkim lokacje powieści to połączenie makiety, Google Maps i pianki montażowej. Genius loci Warszawy w w wypadku cyklu prawniczego i Zakopanego w trylogii kryminalnej w zasadzie nie występuje. To tylko dekoracje. Siedziba kancelarii prawniczej znajduje się oczywiście w popularnym „Żaglu”, prawnicy jadają w Hard Rock Cafe albo sieciowej El Popo, a ostatnio – a jakże – w supermodnym (ale przebrzmiewającym) Prasowym. To taka Warszawa dla turysty, który pierwszy raz przyjechał na Dworzec Centralny i miał godzinkę żeby się rozejrzeć. Warszawa z przebitek w programach informacyjnych. Zakopane nie sprawia dużo lepszego wrażenia, tło ratują góry, o których Mróz najwyraźniej coś wie i z pewnością bardzo je lubi. To już czuć. Ciągle jednak bohater rzucany przez meandry fabularne po miastach Polski i nie tylko, zdaje się podróżować po jakimś fantomowym świecie bez charakteru. Tymczasem chociażby od skandynawskich mistrzów kryminału można się nauczyć, że miejsce ma znaczenie. Czy jest to Oslo, Ystad czy Fjällbacka- emocjonalne związanie protagonisty i pośrednio także czytelnika z konkretną przestrzenią geograficzną, uatrakcyjnia te powieści. Nie musi to być od razu rekonstrukcja historycznych realiów na miarę retro kryminałów Krajewskiego, ale już Miłoszewski w cyklu o Szackim poradził sobie ze współczesnymi miejscami o wiele lepiej. Wyczuwalna była praca włożona w zgłębienie historii i topografii miejsc, w których operował bohater.

Błędy

Następnie nieścisłości. Jest ich niestety trochę i znów wynika to pewnie z pośpiechu samego autora, ale również redakcji.  Od bredni: w Prasowym dania same zjawiają się bohaterom na stołach, a tymczasem tam obowiązuje samoobsługa (Chyłka), do poważnych zgrzytów: pomiędzy tomami cyklu wyraźnie zaznaczona jest zmiana władzy w kraju (odniesienie do ostatnich wyborów jest oczywiste), tymczasem na stanowisku Ministra Spraw Wewnętrznych pozostaje ten sam człowiek (Forst). Prześlizgując się po kolejnych stronach można nie zauważyć łatwości z jaką narrator wymiennie posługuje się określeniem „Syryjczyk” i „Arab”, ale ciężko już zignorować fakt, że porwana przez groźną mafię bohaterka nie zostaje przeszukana i wysyła swoje współrzędne policjantom za pomocą smartfona. Tak grubymi nićmi szyte fabularne pomysły to zresztą znak rozpoznawczy Mroza. Daje on swoim bohaterom przeżywać niemal śmiertelne pobicia, mierzyć się z białoruskimi spadkobiercami KGB, uciekać z najpilniej strzeżonych rosyjskich więzień, przeżywać zejścia lawin i skrajne wychłodzenie, zażywać polską heroinę i alkoholizować się do upadłego. Atrakcji nie brakuje. Takie „bondowskie” podejście do konstruowania akcji, bez zbędnego przejmowania się realiami, ma oczywiście swój prawie pastiszowy urok, czasami zdarzało mi się jednak głośno roześmiać. No bo bez przesady. Zakopiański podkomisarz i adwokatka z dużej warszawskiej kancelarii prawnej to nie są superbohaterowie.

Polityka

Kolejny mankament to usilne aktualizowanie powieści wątkami społeczno-politycznymi. Najczęściej dość kontrowersyjnymi. Są banderowcy z OUN/UPA, uchodźcy, Romowie, aktualne spory na styku prawa i polityki (Trybunał Konstytucyjny). W rozsądnych ilościach można uznać takie wtręty za zaletę, niestety Mróz postanowił ze swoich powieści uczynić trybunę do wygłaszania poglądów wszystkich opcji. Szlachetnie, aczkolwiek poskutkowało to również dość groteskowymi dialogami, które momentami brzmią jak odczytywane z kartki oświadczenia. Jaskrawymi stanowiskami epatują głównie postaci drugoplanowe, co nierzadko czyni je nieznośnie papierowymi i monochromatycznymi. Kolejny skutek uboczny to prześlizgiwanie się po istotnych tematach – jest ich taki natłok, że zwyczajnie nie da się tego zrobić inaczej. A jeśli nie da się czegoś zrobić porządnie, po co to robić? Doceniam zamysł, jest w tym jakaś misyjność i chęć edukowania, przydania rozrywkowej fabule wartości. Niestety wypada to raczej nieprzekonująco, a fakty zostają wyparte przez frazes. W dodatku ze szkodą dla bohaterów.  Przykład jak robić kryminały z wyrazistym i kontrowersyjnym wątkiem społeczno-politycznym dała Katarzyna Bonda w swoim „Okularniku”. Ona jednak ze sprawą mordów na Podlasiu dokonanych przez oddziały Rajsa „Burego”, była związana osobiście i w tekście ewidentnie widoczne jest niemal reporterskie przygotowanie tematu. I tak właśnie powinno być.

Wciąż nie jest źle

Wygląda na to, że głównie narzekam. Jest rzeczywiście na co, nie byłbym jednak sprawiedliwy, nie pochwaliwszy Mroza za wielki talent do konstruowania żywych, obfitujących w zwroty akcji i retardacje fabuł. Jego powieści czyta się błyskawicznie i dostarczają one dużo dobrej zabawy. W czasach produkcji literatury popularnej na masową skalę, spin-offów, książek na podstawie gier, filmów i seriali, fanfików i romansów z kiosków – to ciągle jest niezła propozycja. Moim główny zarzut opiera się na rozczarowaniu: Remigiusz Mróz chyba potrafiłby pisać lepsze książki, gdyby uwolnił się od swojego fabrykanckiego podejścia do tworzenia. Nie wiem czy stałby się drugim Henningiem Mankellem, ale z pewnością miałby na to większe szanse gdyby zarzucił szaleńcze tempo i swoje powieści spokojnie dopieszczał.

Dobrą prognozą na przyszłość jest w każdym razie „Immunitet”, najnowsza odsłona cyklu prawniczego – nic lepszego tego autora do tej pory nie czytałem. Może więc wystarczy mu dać trochę czasu, w końcu nie ma jeszcze nawet 30 lat.