GERMANIE TAM I Z POWROTEM. POWIGILIJNE ROZWAŻANIA.

Wystarczy się cofnąć niewiele ponad 1600 lat, żeby uzmysłowić sobie jak bardzo historia kołem się toczy. Właśnie w Bożonarodzeniową Noc roku pańskiego 406 chłód skuł Ren niemal do dna. Od ponad roku wzdłuż limesów, vis-a-vis garnizonów strzegących przepraw na tej granicznej rzece, gromadzą się tłumy. Tłumy brodatych obcych, z dziwnymi nakryciami głowy, ich kobiet zakutanych chustami i ciepło odzianych dzieci.

Ten proces przenikania na teren wielkiego państwa, imperium dobrobytu i wybrzmiałej potęgi nie zaczął się z dnia na dzień. Pierwsze kostki domina poruszyły się już niemal sto lat wcześniej, kiedy kryzys dotykający rządów molochem udało się tymczasowo zażegnać Konstantynowi. Lekarstwo w postaci podziału władzy na dwa ośrodki okazało się jednak mieć mocno szkodliwe skutki uboczne. Wielkim organizmem łatwiej rządzić z kilku miejsc, o ile te nie rywalizują między sobą i nie zwalczają się zajadle. Ostatecznie brak wsparcia Zachodu i Wschodu przyniósł klęskę pod Adrianopolem w 378 roku. Tam to zepchnięci przez azjatyckie hordy Hunów Ostrogoci wepchnęli w granice imperium swoich pobratymców-Wizygotów. Ci z kolei zażądali wpuszczenia ich na teren Rzymu, a próbę ograniczenia ich niebezpiecznej siły przez rozbrojenie i wzięcie dzieci jako zakładników, potraktowali jako casus belli. Od strony Dunaju cesarstwo nie było już w stanie utrzymać granic.

Pytanie, dlaczego stało się jak się stało – czy to efekt zaniedbań, czy Rzym dojrzał do klęski i czy zadziałały tu mechanizmy determinizmu historycznego? Stało się to, co stać się musiało. Rzym w czasie swojego schyłku rozłożony na większości żyznych i przyjaznych osadnictwu ziemiach południa i zachodu Europy stał się rajską dziedziną dobrobytu dla bogatych i całkiem znośną przystanią dla biedniejszych. Pierwsi mieli środki, by bronić zastanego stanu, ale brakowało im woli – ci drudzy, odwrotnie. Gnuśny, syty i ospały Rzym elit zatracił swoje cenione przed wiekami cechy, na czoło których wysuwało się virtus – męstwo. Rozbuchany konsumpcjonizm, permisywny hedonizm i upadek tradycyjnych wartości po podporządkowaniu państwa nowej religii wprowadził chaos w świecie dotychczasowych punktów odniesienia. Obywatele i zarządcy tego kolosa nie byli zainteresowani w obronie granic – większe emocje wzbudzały spory teologiczne nad naturą Chrystusa, problem relikwii i obrazoburstwa, tropienie herezji. Bizantyjski przepych administracji pochłaniał ogromne sumy, elity w oderwaniu od społeczeństwa pławiły się w luksusie, a patrycjusze przejmując kolejne ziemie, likwidowali społeczny i ekonomiczny fundament państwa. Ale przecież można zawsze ściągnąć barbarzyńców spoza limesów – obsadzić nimi graniczne posterunki i wziąć ich na służbę. Niech uprawiają ziemię, skoro nasi niewdzięczni obywatele uważają, że im się nie opłaca. Tyle tylko, że Goci, Alanowie czy Wandalowie nie patrzyli na Imperium, jak na potencjalnego pracodawcę. Takie marzenie o dobrowolnych robotnikach rolnych, niewolnikach z wyboru czy prekariuszach to oczywista mrzonka w kontekście zetknięcia z dumą i świadomością własnej siły Germanów. Oni nie patrzyli na Rzym okiem potulnego pracownika, wdzięcznego za pracę, spłachetek ziemi i względne bezpieczeństwo. Oni patrzyli na miasta Italii jak na łup, który im sie należy. Przed naporem Hunów mogli przesuwać się dalej na zachód, na tereny dzisiejszych Niemiec, poza granicami imperium. Nie gnali w panice – bądź co bądź, nawet po rzymskich traktach nie przemieszczali się ekspresowo – w skali roku Alanowie na przykład poruszali sie (sic!) siedem kilometrów rocznie. Nie jest to oszałamiająca prędkość, którą łatwo przegapić. Wandalowie, po przetarciu szlaków przez ich pobratymców, pędzili już dwa kilometry tygodniowo. I jedni i drudzy wpuszczeni do Rzymu jako uchodźcy wojenni, których nie sposób było zawrócić, czy utrzymać na granicy. Syty zawsze się zawaha w starciu z głodnym, bo ma coś do stracenia. Już John Stuart Mill, jeden z ojców prawdziwego liberalizmu powiedział, że cywilizacja, której kapłani i apologeci nie są w stanie lub nie chcą obronić, jest skazana na zagładę z rąk zdeterminowanych i prężnych barbarzyńców.

Zima. Turkot kół po zamarzniętym Renie, skrzypienie zesztywniałej na mrozie skóry. Mdłe światło księżyca oświetla niekończący się sznur wozów, koni i pieszych. Parskanie koni, pokrzykiwania zbrojnych w swym gardłowym języku. Za lepszym życiem. Bo każdemu się należy, kto ma odwagę sięgać. Nieważne, że po cudze. Jest rok 406 i na razie Germanie maszerujący w okolicach Koblencji na południe nie mają zamiaru jeszcze niszczyć antycznego świata. Chcą mieć w nim udział. Kultura najczęściej pierwsza jest kaleczona w takich wojnach cywilizacji. Ale też umiera ostatnia. Na razie barbarzyńcy otaczają się pięknymi, choć obco wyglądającymi dziełami sztuki i architektury. Ale wystarczyła odmowna decyzja cesarza wobec żądania osiedlenia się Gotów Alaryka, by wieczne miasto doznało kilka lat po inwazji spustoszenia jakiego dotychczas dziejopisowie nie notowali. Taki efekt przyniosła utrata całkowitej kontroli nad napływem obcych kulturowo osadników, na rekonstrukcję i ponowne odkrycie Rzymu i dorobku antycznego przyszło czekać kolejny tysiąc lat. To zjawisko trąby etnicznej jeszcze kilka razy, niczym tornado na równinach Ameryki, spowoduje zniszczenie dorobku antycznych architektów i artystów.

Zima roku 406 – tłum zarośniętych i zdeterminowanych mężczyzn i zawiniętych w chusty kobiet stoi na brzegu Renu. Śnieg skrzypi złowieszczo. Turkot kół zlewa się z gardłowym, złowrogim językiem. A w wielkich miastach elity debatują nad nowymi podatkami, podziałem beneficjów i zawiłymi kwestiami ideologicznymi.

Minęło tysiąc sześćset lat. Ucichło gruchotanie prymitywnych wozów. Po powierzchni dawnego Mare Nostrum rozchodzi się z różną intensywnością chlup, chlup, chlup …Tym razem w przeciwnym kierunku ….