GRUNT NAD NOGAMI, CZYLI ŻYCIA NIE MA, JEST SZAŁ

 

Artykuł w dniu dzisiejszym miał dotyczyć twórczości Markusa Zusaka, jednak wczorajsza informacja o śmierci ks. Jana Kaczkowskiego sprawiła, że pojawi się ta krótka notka. Jest wyrazem mojego ciągłego zdumienia osobą śp. Jana i szacunku, jakim Go darzę.

Dla osób znających Jana Kaczkowskiego nic, co tutaj przeczyta/usłyszy, nie będzie nowością. Dla nie słyszących wcześniej o tym księdzu, wpis też może być początkiem długiej, fascynującej drogi z myślą tego wybitnego człowieka.

Przede wszystkim chcę podkreślić, że Polski nie stać na stratę takich ludzi. W tym naszym „polskim piekiełku” każdy, kto potrafi spojrzeć na człowieka przez pryzmat godności osoby ludzkiej jest na wagę złota. Ksiądz Jan Kaczkowski potrafił ukazać wartość człowieka w każdym stadium jego życia. Hospicjum, wykłady z bioetyki, publikacje, a na koniec choroba i idące z nią świadectwo, potwierdzające prawdomówność śp. Jana – to wszystko były takie nieme kamienie, którymi bombardował nas, którzy tkwimy od lat w okopach wojny polsko-polskiej.

Bardzo dobrze również, że ten wspominany przeze mnie człowiek był księdzem. Pozwoliło Mu to nie tylko  dotrzeć do szerokiej masy odbiorców, ale również – co niezwykle w Polsce ważne – wytrwać/przetrwać krytykę wszelakich środowisk. Koloratka w Jego przypadku była przepustką do dalszego zadawania niewygodnych pytań. Niektórzy nazywali Go koniem trojańskim, wprowadzonym na dziedziniec polskiego Kościoła, ale jeśli tak było, to był nim w takim samym stopniu, jak ks. Józef Tischner, czy Abp Józef Życiński. Myślę zatem, że dla Niego takie opinie były komplementem.

Chciałbym mieć w sobie taką pewność głoszonych poglądów. Ale przede wszystkim chciałbym móc spojrzeć na człowieka tak samo, jak patrzył ks. Jan Kaczkowski. Zresztą, posłuchajcie sami:

„Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż ci się wydaje.” Jan Kaczkowski