KTO IDZIE NA SYLWESTRA Z ANDRZEJEM DUDĄ?

W świecie połączonym globalną siecią popularność zyskują często bardzo dziwne wydarzenia. Viralowa kultura mediów społecznościowych potrafi wypromować nawet coś, czego tak naprawdę nie ma. Bo ma nie żadnego Sylwestra z Andrzejem Dudą, jest tylko replikowany tysiące razy i bawiący setki tysięcy ludzi żart. Tylko czy on jest w ogóle śmieszny?

Beczka śmiechu

Należy założyć, że dla około pół miliona unikalnych użytkowników Facebooka tak. To nie pierwszy raz, gdy założone w serwisie wydarzenie przyciąga niebywałą uwagę i staje się internetowym hitem. Kilka dni temu odbyła się impreza 15-letniej Meksykanki, która na swoje urodziny zaprosiła… wszystkich. Przyjściem zainteresowanych było 1.2 miliona osób z całego świata, ostatecznie zjawiły się tysiące, a impreza przypominała średniej wielkości festiwal, ze sponsorami, koncertami i atrakcjami (a nawet tragedią – jedną z osób śmiertelnie potrącił koń). Podobna sytuacja miała miejsce kilka lat temu w  Krakowie, gdy wydarzenie na Facebooku przyciągnęło setki osób spragnionych wspólnego grillowania, zgromadzenie było niezgłoszone, interweniowała policja, sprawa trafiła do sądu, a organizatorce groziło nawet 8 lat więzienia. Wielokrotnie ogromne zasięgi miały wydarzenia mające wyrażać poparcie (np. dla Mariusza Pudzianowskiego) lub sprzeciw (wobec islamu, imigrantów, Romów). W komentarze szybko wkradała się polityka i prymitywny hejt, nad którym administratorzy nie potrafili zapanować.

Sylwester z memem

Tym razem popularność zyskał Sylwester z urzędującym prezydentem. I stało się tak nie bez powodu. Przede wszystkim Andrzej Duda cieszy się sporym zaufaniem publicznym i jest dość kultową postacią w – użyję uproszczenia, żeby nie wdawać się w szczegóły – „młodym, polskim internecie”. Duda okazał się wyjątkowo „memogenny”, co oznacza, że często zdarza mu się wychodzić na zdjęciach (a może pozować?), w sposób, który ułatwia tworzenie memów, czyli – znów w pewnym uproszczeniu – obrazków z kąśliwymi, żartobliwymi czy kontrowersyjnymi podpisami, służących do dalszego udostępniania w mediach społecznościowych. Przyznać trzeba, że wśród polskich eksprezydentów zaobserwować można duży potencjał w kategorii ludzi-memów. Bohaterem wielu był Lech Wałęsa, szczególnie podczas swoich zagranicznych wojaży, gdy pozował w jacuzzi z niezbyt zadowoloną miną albo robił sobie zdjęcie w złoconym lustrze w Dubaju przy użyciu ogromnego tabletu (popularna jest również seria „I wtedy mu mówię…”, wyśmiewająca megalomanię byłego prezydenta). Aleksander Kwaśniewski odpokutowuje w internecie swoją słabość do mocniejszych trunków i od lat jest synonimem suto zakrapianej imprezy. Bronisławowi Komorowskiemu przyczepiono zaś łatkę dobrotliwego myśliwego, słabo posługującego się polszczyzną. Dopiero Andrzej Duda otrzymał jednak własną kategorię memów. „Cenzodudy” to zbiorcza nazwa na wszystkie obrazki z urzędującym prezydentem; pierwowzorem dla tego określenia były bardzo kiedyś popularne, a dzisiaj raczej piętnowane ze względu na przesyt, kontrowersje i wtórność, memy z Janem Pawłem II, tzw. „cenzopapy”. Można więc z całą pewnością stwierdzić, że popularność sylwestrowego wydarzenia nie wzięła się z próżni, jest raczej konsekwencją specyficznej popularności głowy państwa.

Czy ta mina to przypadek?

Samo wydarzenie nie byłoby pewnie takim sukcesem, gdyby nie aktywne uczestnictwo komentujących, wysyłających na profil przeróżne wpisy. Za pomocą fałszywych kont użytkownicy zapowiadają swoje przybycie, wcielając się z znanych aktorów, postacie historyczne i literackie, superbohaterów, żyjących i nieżyjących polityków czy bohaterów seriali. Popularne komentarze mają nawet po kilkadziesiąt tysięcy polubień. O ile na początku kreatywność niektórych była naprawdę godna podziwu, wraz z rosnącą popularnością i wysyceniem tematu, jakość postów zaczęła spadać. Komentarze się powtarzają lub zawierają udostępnienia przedpotopowych memów, a cała zabawa z fenomenu stała się dość męczącym festiwalem słabego humoru. Wszystko zgodnie z przewidywaniami: tak właśnie kończą virale.

Nie da się ukryć

Elitarność, masowość, paradoks

Najłatwiej podejrzeć kiedy jakiś internetowy fenomen przekroczył już szczyt swoich możliwości w środowiskach związanych z jego kontekstem. Dla Sylwestra z Andrzejem Dudą to różne facebookowe i forumowe grupy do wymiany memów. Tam bardzo szybko całe wydarzenie zaczęto krytykować za „normizm” (czyli włączanie w swoje szeregi „zwykłych ludzi”, niezwiązanych ze środowiskiem) czy „bezbek” (czyli po prostu słaby, wtórny humor). Dość szybko zareagowali popularni youtuberzy (jako jeden z pierwszych wydarzenie obśmiał Gargamel – tropiciel kłamstwa i żenady w mediach społecznościowych, uznawany za jednego z trendsetterów wśród internetowych twórców), a także social media ninjas (osoby bardzo popularne w mediach społecznościowych, niekoniecznie znane z jakiejkolwiek innej działalności), a w końcu i trzymający rękę na internetowym pulsie dziennikarze. Taka fala krytyki jest zwykle nieuchronna i wydaje mi się, że bierze się zawsze z tego samego powodu – uczucia rozczarowania, gdy część jakiegoś subkulturowego świata przenika do mainstreamu i staje się dostępna dla wszystkich. Przykłady można mnożyć.

PS. To prawda

Pamiętam dobrze oburzenie większej części słuchaczy rapu w Polsce po zaangażowaniu Tedego do prowadzenia motoryzacyjnego programu w jednej ze stacji telewizyjnych. Jeszcze kilka lat temu w tym środowisku ogromnym zarzutem było „sprzedanie się”, w znaczeniu jakiejś niedoprecyzowanej komercjalizacji swojej muzyki, ale także wizerunku. Fani metalu z podobnym oburzeniem reagowali na występy Nergala w roli jurora talent show i jego medialny związek z Dodą. Bohaterowie zarezerwowani dla niszy i w niej popularni, zdecydowali się zrobić krok w stronę mainstreamu, szerszej popularności. Kosztowało ich to utratę szacunku u części ortodoksyjnych fanów, z drugiej strony zapewniając większą rozpoznawalność i, nie ukrywajmy, pieniądze. W tzw. „szołbiznesie” sytuacja od dłuższego czasu się zmienia, z zachodu Europy i USA płyną przykłady jak brylować w mediach czy na listach przebojów albo godzić się na różnego rodzaju współpracę reklamową, bez utraty autentyczności w oczach fanów. Internet ciągle jeszcze jest jednak bardziej twardogłowy i niezależny. Dziś twórcy memów wyśmiewają popularne portale do publikacji obrazków, takie jak kwejk.pl czy demotywatory.pl, chociaż gdy te projekty startowały i były w raczkującej fazie, niejednokrotnie sami je współtworzyli. Napiętnowane jest również wykorzystywanie memów w prasowych i telewizyjnych reklamach, a także tworzenie z nich klikalnych artykułów w portalach informacyjnych (słynne [ZOBACZ MEMY!]). Po każdym głośniejszym wydarzeniu wymuszającym reakcję internetu, na głównych stronach pojawiają się zestawienia różnych krążących w sieci obrazów. „Wynoszenie kontentu” z zamkniętych forów i grup (czy też ich kradzież jak chcą niektórzy), uznawane jest za karygodną praktykę, co prowadzi do pewnego paradoksu: twórcy chcieliby zachować elitarność, a jednocześnie ich twórczość – internetowy mem – w swojej istocie wymaga udostępnień, żeby się rozprzestrzeniać i potwierdzać tym samym swą jakość.

Na podobnym paradoksie ufundowany jest żywot viralowych wydarzeń, takich jak Sylwester z Andrzejem Dudą. Żeby stać się fenomenem, muszą przyciągnąć wielką ilość ludzi; jednocześnie w tym samym momencie dla wielu przestają być zabawne (a i często faktycznie to prawda), właśnie ze względu na masowość. To casus sylwestrowego żartu, wielu wcześniejszych i tych jeszcze niewymyślonych wydarzeń. Już jutro będzie po wszystkim. Na Facebooku pozostanie jeszcze przez jakiś czas wspomnienie po kolejnym viralu, na stronie ktoś jeszcze pożartuje, znajdą się tacy, którzy będą się reklamować albo promować charytatywne inicjatywy, a później nadejdzie zapomnienie. Aż ktoś wymyśli coś, co zadziała w podobny sposób i cały cykl się powtórzy. Zaklęty internetowy krąg życia.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Do siego!