ŁĘCKA TO… ?

Stanisław Wokulski moją sympatię wzbudził już przy swoim pierwszym wystąpieniu na kartach powieści, kiedy to stwierdził, że nie potrzebuje kieliszka do wina, bo może je pić ze szklanki. Miałam wrażenie, że wreszcie rozumiem, na czym polega ten cały utylitaryzm. Jego sylwetka cieszy się również sporą popularnością w internecie. Rozpowszechniona przez profil na Facebooku, jako ucieleśnienie szczenięcych zawodów miłosnych „friendzone’owanej” młodzieży, łatwo zyskała sobie względy zarówno tych, co po Prusa sięgnęli, jak i tych, którzy co najwyżej sięgnęli przez ramię kolegi po streszczenie. Ci drudzy, stanowiący, jak się obawiam, liczniejszą grupę, na każde wspomnienie o obiekcie fatalnego zauroczenia Wokulskiego, skandują jednogłośnie: „Łęcka to dz.!”. W prosty i szybki sposób dają upust uczuciom – dosadnie, jak na Polaka przystało. Jednak czy na pewno zasługuje ona na właśnie to miano?

Czterdziestosześcioletni mężczyzna odnalazł w osiemnastolatce sens życia (przelotnie widząc ją w loży teatralnej). Chociaż od samego początku idealizował dziewczynę, rozpoczynając zaloty zachował się jak biznesmen. Można śmiało powiedzieć, że usiłował Łęcką kupić (co w opracowaniach określa się górnolotnie słowami „zdobywał ją jak pozytywista”). Liczył, że gwarantując stabilność finansową zdobędzie przynajmniej jej wdzięczność, ale tym samym uzależniał jej los od swojego, jeszcze zanim instytucja małżeństwa miałaby go w tym zastąpić. Izabela zaś wcale nie rzuciła mu się do stóp, skuszona wizją majątku. Jej stosunek do Wokulskiego był podyktowany wpojoną jej przez otoczenie niechęcią do dorobkiewiczów. Do tego prawdopodobnie dołączył strach przed osaczającym ją mężczyzną, którego intencji jeszcze nie rozumiała. Z czasem co prawda kupiec zdobył zainteresowanie dziewczyny, ale bynajmniej nie było to uzależnione od poniesionych kosztów. Nie widzę więc tu podstaw do oskarżania Belci o sprzedajność – powierzchowność, tak, próżność, czy niezbyt imponujący system wartości – ale nie czyni jej to jeszcze kurtyzaną.

Jeśli zaś chodzi o jej późniejsze rozważanie zawarcia małżeństwa dla zysku, warto pamiętać, że właśnie w ten sposób młody Stach rozpoczął zdobywanie swojego majątku. Trudno uwierzyć, że ślub z o wiele starszą od niego i nieatrakcyjną Minclową był aktem miłości. Traktował ją uczciwie i z szacunkiem, ale musiała ona zdawać sobie sprawę, że jest dla niego tylko żoną, a nie kobietą. Po jej śmierci mężczyzna odziedziczył sklep i kilkadziesiąt tysięcy rubli – skoro więc Łęcką nazywamy tak a nie inaczej, jak powinniśmy nazwać Wokulskiego?

Niezależnie od semantycznych rozważań, niechęć do Izabeli jest zjawiskiem, któremu trudno się dziwić. Niezdolność do miłości jako takiej, zdrada, a następnie omawianie jej szczegółów w obecności narzeczonego, wszystko to wręcz zachęca do przebierania w obelgach. Może jednak warto je wyszukiwać nieco celniej – język polski w dziedzinie inwektyw jest niemal tak bogaty, jak sam Wokulski.

 

  • Ania

    „Lalkę” omawia się w liceum. Jest to gruba książka, na której przeczytanie poświęciłam praktycznie całe wakacje. Nie dlatego, że tak wolno czytam; po prostu wchłonęłam ją kilka(naście) razy. Jeszcze raz, od nowa, po raz kolejny. Na potrzeby analiz maturalnych, jakie przeprowadzaliśmy na lekcjach w klasie drugiej LO, zrobiłam sobie dużo notatek.
    Z lektury wyciągnęłam swoje wnioski. Izabela stała się jedną z ważniejszych postaci mojego czytelniczego życia. A Wokulski, no cóż, szkoda chłopa. Problem pojawił się przy interpretacjach dokonyanych na lekcji. Okazało się, że moje wnioski są błędne, ponieważ wzięłam stronę 25-letniej arystokratki wychowywanej w przeświadczeniu, że praca jest dla ludzi jakąś karą. Córka bankruta; panna bez posagu. Ale czy to jej wina? Czy winą Izabeli jest to, że żyła w kłamstwie na temat własnej rodziny? Czy winą Izabeli jest to, że jej ideałem był marmurowy Apollo? Niech pierwsza rzuci kamień ta, która by w wieku 25. lat, wychowywana wśród (iluzorycznego) przepychu i obracająca się w towarzystwie arystokratów, nie marzyła o księciu na białym koniu. Ta młoda kobieta miała przecież wszelkie prawo do tych marzeń. I co zderza się z jej pragnieniami? Starszy od niej o ponad 25 lat facet, który nie potrafi się zachować, nie dorównuje lekkością rozmowy jej znajomym i wykorzystuje jej sytuację materialną (której ona sama nie jest do końca świadoma), aby zaskarbić sobie jej miłość. No przepraszam, sama bym delikwenta odesłała skąd przyszedł. Pomijam oczywiście fakt, że Izabela słucha ciotki, która wpaja jej, że jeśli Wokulski ją kocha, to będzie jej wierny do końca życia. Nie skupiam się również na tym, że Bela jest arystokratką, więc po prostu nie może poślubić nikogo, niższego pochodzenia. Ot, takie normy społeczne.
    Inna sprawa, że Izabela Łęcka ma swoje wady. Najpoważniejszą jest chyba to, że ślepo powiela podany jej na tacy schemat życia. Można do tego dorzucić próżność, rozkapryszenie i tworzenie wokół siebie jakiejś iluzji (wygłaszanie o wszystkim sądów znawcy, podczas gdy z tematem nie jest nawet delikatnie zaznajomiona – np. sztuka). Flirt ze Starskim na oczach – już przyjętego – narzeczonego jest również ciosem poniżej pasa.
    Wrócę jednak do Wokulskiego. W liceum jednoznacznie określiliśmy go jako pozytywistę w interesach i w życiu, ale równocześnie jako romantyka w miłości. Z tym pierwszym zgadzam się bez wahania – mężczyzna przedsiębiorczy, zorganizowany, zaradny, pomagający biednym. No po prostu kryształ – praca u podstaw, naczelne hasło pozytywizmu. Ale romantyk? Czy Wokulski jest romantykiem? Czy do bycia romantykiem wystarczy nieszczęśliwa miłość i podjęcie próby samobójczej? No tak, jeśli mówimy o epokowym postrzeganiu romantyzmu – być może. Ale jak można nazywać romantykiem kogoś, kto kiedyś sam ożenił się dla pieniędzy?! Kogoś, kto jest wyrachowany i wyrafinowany w zdobywaniu miłości swojego życia?! Tak, wiem, tylko krowa nie zmienia zdania. Zgoda, ale do romantyka Wokulskiemu – moim zdaniem – bardzo daleko.
    A co robi autor całego zamieszania – Bolesław Prus – na końcu? Izabelę wysyła do klasztoru! Tak oto zła, pomiatająca miłością mężczyzny kobieta, odkupuje swoje winy z młodości. Natomiast Wokulski? A, niespodzianka! Zakończenie jest otwarte. Dalszy ciąg jego losów nie jest czytelnikowi znany. Zamek wysadził, a później zostawił wszystko i pojechał nie wiadomo gdzie i po co. Może szukać szczęścia. Cóż, powodzenia Stasiek!

  • Sz.P.Barbara

    Bez względu na to, jak ich oboje ocenimy, to i tak Wokulski zyska sympatię, bo – w odróżnieniu od Belci- jest ponętnie inteligentny. Pozdrawiam! 🙂