MACONDO JEST WSZĘDZIE

 

Wszyscy marzą o poznawaniu wielkiej literatury. A właściwie nie o poznawaniu – raczej o jej znaniu. Poznawanie to żmudny, uciążliwy i dla wielu nieprzyjemny proces, który trzeba przejść, żeby bez zastanowienia rzucać ambitnymi tytułami i nonszalancko porównywać ze sobą literackich noblistów. A tego przecież wszyscy skrycie byśmy chcieli. Czy jest to jednak pragnienie na tyle silne, by przebrnąć przez ,,Ulissesa” Jamesa Joyce’a? I czy naprawdę jesteśmy skazani na wybór między arcydziełami literatury a powieściami, które z zapartym tchem przeczytamy w jedną noc?

Nie.

Tej prostej odpowiedzi udzieli każdy, komu wpadło już w ręce ,,Sto lat samotności” Marqueza, powieść napisana w 1967, a więc w czasach boomu literatury latynoamerykańskiej. Najpierw nazywana ,,rozwodnioną poezją” i plagiatem, a później okrzyknięta arcydziełem i nagrodzona Noblem, opowiada o losach rodziny Buendia zamieszkującej oddaloną od świata wioskę Macondo. Fabułę trudno opisać, za to dość łatwo się w niej pogubić. Na nieco ponad czterystu stronach czytelnik poznaje bowiem 56 spokrewnionych ze sobą bohaterów, którzy nierzadko noszą takie podobne lub identyczne imiona (Buendio Aurelianów jest w sumie osiemnastu), zawierają liczne kazirodcze związki i sami wydają się ledwo rozumieć wszystkie genealogiczne zawiłości. Mnogość wątków i postaci nie przeszkadza jednak w dogłębnym poznaniu każdego z bohaterów.

Losy rodziny Buendia tworzą fascynującą, wzruszającą, a czasami i zabawną opowieść, ale są też czymś więcej – odzwierciedleniem historii Ameryki Łacińskiej. ,,Sto lat samotności” to polityczny manifest, głos uciskanych społeczeństw latynoamerykańskich i społeczeństw Południa w ogóle. I chociaż można traktować tę powieść jak gotowy scenariusz do brazylijskiej telenoweli, to jest ona także paraboliczną analizą dziejów regionu Latynosów i ich tożsamości narodowej. Czy czymś jeszcze? Na pewno sagą rodzinną, a poza tym kroniką, baśnią dla dzieci, powieścią historyczną i traktatem filozoficznym. Ale przede wszystkim – arcydziełem. W punktach uargumentował to Mario Vargas Llosa, znajomy Marqueza, również Noblista, który twierdził, że ,,Sto lat samotności” trafi do każdego. Do tych szukających trudnego przesłania, uniwersalnych refleksji, pięknego języka i rekompensaty za dziesiątki przeczytanych miernych książek, ale też do tych, którzy chcą poznać nową, ciekawą historię. Po pięćdziesięciu latach od wydania powieści widzimy, że rzeczywiście – trafiła do każdego. Była bardzo popularna w Chinach, choć komunistyczne władze starały się usunąć ją z półek. W 1979 ,,Sto lat samotności” stało się Biblią Irańczyków obalających szacha, a obecnie w powieści zaczytują się młodzi Armeńczycy. Wszyscy czują, że to oni są tymi samotnymi, o których pisał Gabriel Garcia Marquez.

Czyżby więc Macondo było wszędzie?