NA ILE WIEMY CO ŚWIĘTUJEMY

Najdłuższy weekend nowoczesnej Europy rozgrzewa serduszka mimo psotnej pogody. Majówka z rozkoszowaniem się dniami wolnymi od pracy, w gronie rodziny, bądź znajomych, na luzie przy grillowym ciepełku czy na jakimś festynie przy chłodnym, złocistym napoju. Jest okazja i jest możliwość. I pięknie.
I nie dziwi, że wszyscy lubią ten czas swobody tak uroczo korelujący z przyroda budzącą się do życia. Czas niezakłócony żadnymi przymusowymi spędami w cieniu czerwonych flag i transparentów z przodownikami pracy. A sztandar czerwony płynął ponad trony – no bo oczywiście, jak tylko się pojawi jakaś okazja, okoliczność czy wydarzenie mogące jednoczyć ludzi, to natychmiast rodzi się pokusa, żeby tego splendoru uszczknąć, pogrzać się w blasku sławy. A najlepiej w ogóle zawłaszczyć sobie to święto i uznać jak Król Julian z Madagaskaru „sam to wymyśliłem, sam to wymyśliłem!”. Taki apetyt na przypisanie tylko własnej opcji towarzyszy wszelkim partiom, ugrupowaniom i społecznościom – a im święto lepiej się kojarzy, tym bardziej się po nie sięga.
Pierwszy maja – święto pracy, czy raczej ludzi pracy to z racji miejsca w kalendarzu łakomy kąsek, a z racji robotniczego charakteru to wspaniała trampolina dla sondażów poparcia. Jednocześnie zaspokajanie potrzeby celebry dla zawsze niesytych rozrywki homo ludens przekłada się na zestaw pozytywnych skojarzeń jakie może budzić organizator igrzysk wszelakich.I nikomu nie przeszkadza, że tak naprawdę 1 maja to data mocno umowna -ważne, że jest. Święto robotnicze ustanowiono na zebraniu II Międzynarodówki w 1889 roku, trzy lata po dramatycznych wydarzeniach w Chicago. Robotnicy z wietrznego miasta domagali się podwyżek i ośmiogodzinnego dnia pracy. Po przepychankach z policją pierwszego maja strajkujący rozeszli się do domów bez rozlewu krwi i nawet łamistrajkom się nie oberwało, co wcale taką oczywistością nie było. Niestety, nawet kilkadziesiąt tysięcy chicagowskich robotników nie przekonało właścicieli firmy McCormick Harvester do zrezygnowania z modernizacji kosztem pracowników i trzeciego maja kolejna demonstracja nie była już tak pokojowa. Doszło do rękoczynów pomiędzy zwolnionymi z pracy i popierającymi ich robotnikami a nowo przyjętymi pracownikami. Policja spacyfikowała obie strony i pod ołowianą kopułą pochmurnego nieba na ulicach zostało sześć martwych ciał. Ale to nie koniec dramatu. Następnego dnia jeszcze bardziej zdesperowani protestujący zebrali się znów i mimo zapewnień przywódców związkowych o pokojowym charakterze manifestacji, policja wydatnie zwiększyła swoją obecność. A potem zaczęło lać. I nie wiadomo, na ile to wpłynęło na cierpliwość stróżów prawa, a na ile wyczerpało możliwość czekania na sensowne rozwiązanie ze strony manifestujących. Nie dowiemy się, bo i nikt o to nie pytał żadnej ze stron. Ważne, że po ulewie większość zniechęciła się dostatecznie do pikietowania, a kiedy na placu boju pozostało niewiele ponad dwie setki demonstrantów, policja w sile równoważnej otwarła ogień – niemal równolegle do rzucenia bomby w szeregi mundurowych. Do dziś nie wiadomo, kto zaczął -wiadomo, że po pierwszym zabitym policjancie przyszła pora na zabitych robotników. W sumie nie wiadomo, ilu zginęło w czasie opisywanego wielokrotnie Haymarket Riot  – wiadomo, że wina przypisana została wyłącznie jednej stronie. Obrońcy porządku nie stanęli przed sądem, czterech „wichrzycieli” skazano na śmierć (w końcu zginął policjant), na siedem wyroków – i tak litościwie. No i tak narodził się mit pierwszego maja. Nieważne, czy zaczął się parę dni wcześniej, ani czy miał miejsce później. Ważne, że data chwytliwa. Pierwszy to w końcu nie czwarty. Trochę się to kłóci z mitem klasyka rodzimej polityki, że nieważne kiedy się zaczyna, tylko, kiedy się kończy. Tutaj akurat początek buntu się wpisał na stałe. Idealne do opieczętowania jako martyrologiczna własność. Potem przyszły przecież jeszcze bardziej mroczne czasy, w których Święto Pracy zagarnęły na własny użytek partie, które w swych nazwach miały przymiotnik „robotnicze”, ale z prawdziwymi robotnikami niewiele mieli wspólnego. Zarówno w ZSRR, jak i w hitlerowskich Niemczech pod rządami NSDAP, 1 maja był jednym z nielicznych dni wolnych od pracy. Oczywiście to nie tylko domena lewej strony spojrzenia – najstarsza firma świata też nie zasypiała gruszek w popiele. Od 1955 pierwszomajowe święto jest również wspomnieniem Św. Józefa rzemieślnika, bo Pius XII zauważył, że owieczki mogłyby gromadzić się chętniej pod czerwoną chorągiewką.

To taka sama historia, jak z Dniem Kobiet. Wiemy, że 8 marca to czas kwiatka, czekoladek, rajstop, goździka czy tulipana i sporej ilości ławic panów, co im rybka lubi pływać. Tak samo 8 marca tak naprawdę nie musi być koniecznie tym uczczeniem daty uznanej za martyrologiczne rozpamiętywanie ofiar kobiecej walki o swoje słuszne prawa. I nie chodzi o racje historyczne dotyczące sufrażystek, feministek i wszelkiego rodzaju pań walczących o zwyczajnie ludzkie prawa niewiast. Tyle, że znowu pojawiają się takie same przekłamania, czy raczej mitologizacje. Otóż 8 marca 1908 roku Socjalistyczna Partia Ameryki zorganizowała wielką manifestację (15 tysięcy pań) w obronie praw kobiet, ich wyrównania z męskimi zarobków, godnego traktowania i uzyskania praw politycznych w postaci wyborów. Rok następny przyniósł zatwierdzenie święta – odtąd szacunek raz w roku kobietom się należy. Można by częściej, ale tego nie dało się zadekretować. Tyle, że okoliczność, dla której trzeba to święto usankcjonować, powinna być nieco bardziej doniosła i naznaczona jakąś ofiarą lub innego typu wzniosłością. Takoż i mitologia współczesna dorobiła mit adekwatny. Spalone żywcem strajkujące tkaczki i krawcowe, zamknięte przez nikczemnych właścicieli  firmy Triangle Shirtwaist, zamknięte bez wyjścia w budynku  z powodu obaw, że protestujące mogłyby wynieść zaległe należności w postaci tekstyliów, ofiary wilczego kapitalizmu, bezdusznego systemu wyzysku i nieludzkiego traktowania – wszak chciały tylko niewielkich podwyżek i polepszenia warunków pracy. Tym bardziej mit przemawia, że większość z ofiar przypadkowego, acz jakże tragicznego pożaru, to nastolatki. Wszystko to godne wzruszenia, chwili zadumy i łzy niechcianej, co w oku wiruje – ale znowu coś nie gra. Te nieszczęsne kobiety zginęły w pożarze 25 marca 1911 roku, a pierwsze obchody Święta Kobiet odbyły się dwa lata wcześniej. Dlaczego? Może dlatego, że 8 marca 1908 roku odbył się wielki marsz 15 tysięcy pracownic na ulicach Nowego Jorku, a może dlatego że mit jest potężniejszy niż fakty. Nieważne kto kiedy zginął. Nie do końca ma nawet znaczenie, ile i w jakich okolicznościach osób zginęło. Ważne, że się wpisuje to w jakiś kod kulturowy. A Socjalistyczna Patria Ameryki miała mocną siłę przebicia. I wcale nie ma co ich potępiać. Niemal sto lat temu kobiety ledwo co uzyskały prawa wyborcze i ich głos był absolutnie inaczej słyszalny niż dziś. A że w 1911 Dzień Kobiet akurat obchodzono 19 marca… jakie to ma znaczenie. Można zawsze powiedzieć, że w czasach antycznych, według innego kalendarza obchodzono też to święto, znane jako Matronalia i było ono świętem płodności, macierzyństwa i miłości. I wcale nie oznaczało specjalnie uprzywilejowanej pozycji kobiet w społeczeństwie.

Daleki jestem od stwierdzenia, że po zakończeniu okresu antyku się polepszyło w kwestii kobiet, bo klasyk filozofii i teologii – Tomasz z Akwinu określał kobietę jako niewiele ponad wór gnoju i siedlisko pokus, ale nie gloryfikujmy okresu wcześniejszego tylko dlatego, że średniowiecze jest od czasów oświecenia definiowane jako najgorszy pustostan moralny i intelektualny. Ciekawe, że w czasach oddawania czci politeistycznemu panteonowi, gdzie całkiem sporą ilość boskich profesji zajmowały boginie, pozycja kobiet nadal nie była godna pozazdroszczenia. A przecież z racji tak ważnej pozycji bogiń, kobiety powinny zajmować rangę wyższą. Także nie ma co zwalać całej winy na chrześcijaństwo i jego męskie, szowinistyczne podejście. Tym ciekawiej jeszcze, że w czasach głębokiego antyku największym szacunkiem cieszyły się kobiety w Sparcie – chyba najbardziej podporządkowanym mężczyznom państwie, gdzie testosteron byłby wpisany w konstytucję (jeśliby ktoś takową spisał).

Co do obu tych świąt, to niezmiennie fascynują mnie apetyty wszelkich opcji i środowisk na zawłaszczanie tych okazji dla zbicia swojego politycznego kapitału. Najpierw oczywiście socjaliści – zrozumiałe, bo w końcu głównie oni organizowali te protesty na przełomie XIX  i XX wieku. Oprócz nich współorganizatorami byli anarchiści, komuniści i  niezwiązane z nimi związki zawodowe, często o proweniencji liberalnej. Oczywiście w XX wieku pełnym ideologicznego śmiecia każdy system chciał wprząc w swoje chomąto takie lukratywne byty – taka krowa może dużo uciągnąć. Stąd wpisanie w listę ofert państwowych pierwszomajowego święta przez NSDAP u władzy albo Dnia Kobiet sankcjonowanego przez Lenina. W kraju tak niechętnie przyznającym dni wolne od pracy (wszak „kto nie rabotajet, nie kuszajet”) jak ZSRR, wpisanie 0d 1965 roku 8 marca jako dnia wolnego od pracy było wielkim ewenementem. Dzisiaj święto pań też jest okazją do zademonstrowania swoich własnych poglądów jako  poglądy wszystkich kobiet, swoich frustracji i obaw jako zagrożeń dla całego rodzaju żeńskiego i przedstawienia swoich potrzeb jako dążeń wszystkich niewiast.Wszelkie manify przy okazji marcowego święta to też próba zawłaszczania, a przynajmniej wykorzystania okazji do przekazania światu sygnału przez środowiska feministyczne, które roszczą sobie niejednokrotnie prawo do reprezentowania wszystkich kobiet-nawet tych im niechętnych. No, ale w sumie to kiedy miałyby manifestować ? W Dzień Dziadka?

No cóż, taką mamy potęgę mitu i nieważne kiedy co się stało i którego dokładnie dnia. W zasadzie chodzi o to, żeby z mglistych odmętów historii wygrzebać coś, co pasuje do ikonografii i martyrologii. Coś, co będzie nam pasowało do wyobrażeń heroizmu i nawet tym heroizmem będzie, tyle, że kiedy indziej, niż zwykliśm y obchodzić. Ale czy to ważne? Trochę jak z prezentami z różnych okazji – nie liczy się wartość wyrażana w złotówkach, liczy się pamięć. Wszak po pierwszym maja mamy drugi – Święto Flagi – prawdopodobnie powstałe dla zapełnienia pustki między pierwszym i trzecim oraz stworzenia triduum społeczno-państwowego. Taka propozycja z 2004 roku, żeby lewica robotnicza mogła spotkać się z narodową prawicą w historycznym odniesieniu do totemów. Bo totemy jakoś łączą.

No a na koniec triduum państwowego mamy „wiwat maj, trzeci maj, wiwat Hugo Kołłątaj” i majową jutrzenkę swobody. Święto obchodzone jako rocznicę uchwalenia konstytucji, którą kochamy się szczycić, jako pierwszą w Europie i drugą na świecie. Jako wspaniały przetrwalnik na czasy beznadziei, które miały nadejść pod postacią rozbiorów (zdaniem Pawła Jasienicy). Jako próba przypalenia wąsów rosyjskiego (lub brandenburskiego) niedźwiedzia w czasie, kiedy wypadało raczej udawać marazm – taka moja opinia, ale nie poparta wnikliwymi analizami, bardziej intuicyjna, że można było parę lat poczekać. Europę bardziej martwiła Francja, a my byliśmy takim eksperymentalnym poletkiem, na którym absolutyzm sprawdzał jak można radzić sobie z rewolucyjnymi nowinkami. No i w tej końcówce najdłuższego weekendu nowoczesnej Europy mamy też czym się poszczycić. Nie tylko w kwestii dorobku historycznego sensu stricte,ale również w naszym stosunku do historii mniej lub bardziej świadomie serwowanym nam przez dzisiejszych polityków. Otóż sama Konstytucja 3-go Maja została uchwalona pod nieobecność posłów opozycji, co chyba nie jest szczególną niespodzianką dla kogokolwiek znającego w minimalnym stopniu historię. Po prostu sprytnie przeprowadzony zamach stanu. Nieważne, że w szlachetnych i jak najbardziej rozsądnych intencjach. Zwolennicy starego porządku wyjechali na ferie wielkanocne i nikt nie powiedział im, że rzeczy fundamentalne będą omawiane. Fundamentalne i im wrogie. Mimo to jedna szósta posłów nie była zwolennikami Ustawy Zasadniczej – byli albo przeciw albo sceptycznie się wstrzymujący. Histeryczne protesty posła Suchorzewskiego miały taki sam wymiar jak Rejtan na progu prawie 20 lat wcześniej, tyle że po stronie mocno wstecznej. Ciekawe są dwie rzeczy. Jedną dzisiaj postrzegamy jako straszne wykroczenia przeciw demokracji, a w czasach Sejmu Wielkiego oceniamy jako fortel godny Zagłoby, dziś to podstęp i spisek, a w czasach Czteroletniego widzimy konieczność. Reformatorzy spotkali się pod pretekstem przegłosowania spraw skarbowych, na które opozycja magnacka nie miała ochoty zwracać uwagi, a w nocy z 2 na 3 maja ni stąd, ni zowąd reformatorzy przeczytali publicznie tekst Ustawy Rządowej, zyskując poparcie 87 posłów. Nazajutrz ich liczba wzrosła a lud Warszawy w liczbie około 20 tysięcy przesądził sprawę. Takoż i jak widać tradycja nocnych głosowań to nie wymysł czasów współczesnych i jakże tęgich głów kraj prowadzących dziś. To taka nasza tradycja. Może i nie do końca zrozumiała, ale własna. Tak jak nie do końca wiemy czemu pierwszy maja i czemu ósmy marca. Potęga mitu .

Żeby nie było, że tylko jedna opcja jakoś do tradycji nocnych głosowań nawiązuje i kultywuje praktyki czcigodnego Sejmu Wielkiego i sławetnej Konstytucji, to na pocieszenie dodam, iż król Stanisław Poniatowski vel Ciołek nie mogąc tumultu uczynionego przemóc w sali sejmowej, nikczemnego wzrostu będąc, pośród panów braci, by posłuch zyskać, wejść na krzesło tronowe musiał celem wyraźnego zaprzysiężenia Konstytucyi – i stamtąd jej tekst i przysięgę swą ludziom oznajmił. Coś z tym wchodzeniem na krzesła rządzący czasami mają…

Takoż i mit okazuje się ponad faktami, utarte drogi tradycji ponad rozsądkiem politycznym a wydarzenia lud i rządzący formują na własny użytek. No bo przecież wobec wielkich wydarzeń historycznych przechodzących do wieczności, chyba nie warto bawić się w aptekarza.Zwłaszcza, gdy nie trzeba wstawać do pracy a kapryśna pogoda od czasu do czasu traktuje nas łaskawiej.