OSKARY CZASU WOJNY

Jako, że blog niniejszy jest blogiem teatralnym, a teatr jest jakimś przodkiem kina czyli sztuki iluzji, to sądzę, że można by pokusić się w tym miejscu o przyznanie tej filmowej nagrody uczestnikom realnie prowadzonych działań. Wszak wielki strateg, autor „Sztuki wojny”, Sun Tzu powiedział, że wojna to sztuka wprowadzania w błąd. A bez iluzji , mistyfikacji, nabierania widza i tworzenia złudzeń na miarę Hollywood. Gdyby pokusić się o przyznanie jakichś nagród, to niewątpliwie Oskary za kostiumy i scenografię mogłyby powędrować do twórców z Doświadczalnej Sekcji Maskującej, 23rd Headquarters Special Troops czy uczestników oddziałów dezinformacji Quicksilver. Kiedy alianci mieli za mało wojsk i groził im szturm wielokrotnie liczniejszych sił, musieli stworzyć złudzenie liczebności. Kiedy nie chcemy by wróg przygotował się na nasz atak, trzeba go przekonać, że uderzymy gdzie indziej. Te proste prawidła sztuki wojennej brzmią na papierze banalnie, ale jak to w życiu, najtrudniejsze są rzeczy najprostsze.
Doświadczenie wojenne jakie w ciągu roku Blitzkriegu na arenach Europy zebrał Wehrmacht, w połączeniu z wyposażeniem i liczebnością wojsk Osi, nie dawały zbyt wielkich szans aliantom. Postępy żołnierzy III Rzeszy w Europie zachodniej zagoniły Brytyjczyków na wyspę i przegoniły ich w Afryce do ostatniego wolnego kąta w egipskiej piaskownicy.
W 1940 roku brytyjskie wojska szumnie nazwane Armią Nilu liczyły zaledwie 36 tys. ludzi, naprzeciw około 250 tysięcy Włochów marszałka Grazianiego.W czerwcu droga do Kanału Sueskiego stała przed Włochami otworem, a panowanie nad kanałem odcięłoby wyspiarzom łączność z koloniami. Potem byłoby już powolne konanie.W tym samym czasie Hitler realizuje wstępne założenia operacji „Lew morski” , zasypując angielskie miasta tysiącami ton bomb. Na pomoc z ojczyzny zagrzebani w piachu Anglicy nie mieli co liczyć. Zanim jakiekolwiek posiłku dotrą do Aleksandrii należało ukryć mizerotę brytyjskich wojsk. Zbudowano setki dmuchanych czołgów lub makiet będących nakładanymi na ciężarówki szkieletami w kształcie czołgów, i te mogły nawet się poruszać. Ważną rzeczą było zmuszenie samolotów zwiadowczych do podwyższenia pułapu, by nie dało się obnażyć mistyfikacji. Przeganiane na większe wysokości załogi samolotów fotografowały bataliony czołgów w równych rzędach, gotowe do walki i przemieszczające się po piaskach pustyni kolumny pojazdów pancernych. Gdyby tylko lecieli niżej, zauważyliby, ze tumany kurzu wzbijają nie gąsienice, tylko deski przyczepione do ciężarówek i wielbłądów, ciągnięte po sypkim, drobnym piachu. Przemieszczenie tych makiet na południe przez pułkownika Clarke zmusiło Włochów do umocnienia swoich pozycji na swojej prawej flance, okopania się i założenia przygotowanych na długą walkę magazynów. Tymczasem Hitler zrezygnował z planu desantu na Wyspach i dowództwo mogło dosłać tym razem autentyczne posiłki.Łączność synów Albionu z wielkim światem ich kolonii została utrzymana. God Saved England.

Następną okazją sprawdzenie czujności Opatrzności dla Brytyjczyków było starcie z „Lisem pustyni”, Erwinem Rommlem w 1941 roku. Po nieudanej operacji Battleaxe Anglicy ponownie zapędzeni nad Nil mają w swoich rekach w zasadzie tylko port w Aleksandrii. To przez niego dostarczane są zapasy żywności i amunicji, nowe oddziały, broń i paliwo.To od utrzymania Aleksandrii znów zależy utrzymanie Kanału Sueskiego, a od możliwości jego używania zależy byt Brytanii. Zadanie stojące przed Anglikami miało polegać na ocaleniu portu przed bombardowaniem. Problem nie polegał na ukryciu pojedynczych obiektów i budynków, tylko na zamaskowaniu całego portu. Drobiazg. Rzecz do wykonania pod warunkiem, że w zespole mamy ludzi myślących nieszablonowo, wręcz niewojskowo, a bezczelnie, brawurowo i z przekonaniem. Skład Doświadczalnej Sekcji Maskowania przypominał bardziej trupę kuglarzy niż jednostkę wojskową. Na jej czele stanął Jasper Maskelyne- iluzjonista, a jakże. Do pomocy miał biologa ,specjalistę od zjawisk mimikry, artystę malarza,stolarza ,karykaturzystę oraz nad wyraz ciekawą postać ulicznego opryszka,takiego z gatunku uliczników londyńskich, którzy poradzą sobie w każdej sytuacji i zawsze wyślizgną się z kłopotów. Taki typ z nadzwyczajnie rozwiniętym instynktem samozachowawczym. Czy udało im się ukryć port przed niemieckimi bombowcami? Oczywiście nie, ale udało im się coś bardziej nieszablonowego. Przenieśli go. To znaczy nie dosłownie- po prostu wykorzystując topograficzne podobieństwo nieodległej zatoki, zbudowali makietę portu parę kilometrów dalej. Nie mogli jej zbudować za daleko, bo piloci zauważyliby podstęp. Nie mogli za blisko, bo byłoby to niebezpieczne dla prawdziwej Aleksandrii. Na korzyść pomysłu działały nocne godziny nalotów, stres pilotów bombowców ostrzeliwanych z ziemi i atakowanych przez myśliwce i wysoki pułap, z jakiego zrzucane były bomby. Pustynne otoczenie i kłęby kurzu pozwoliły zakryć wszelkie niedoskonałości. Pozostało tylko wykonać w miarę wiarygodna makietę portu, zakotwiczyć parę statków, których nie żal poświęcić, zamontować oświetlenie. Przy oświetleniu jako problem postrzegano udawanie latarni morskiej, ale ostatecznie zbagatelizowano ten mankament, zakładając, że z takiej wysokości obraz ulega spłaszczeniu i te kilkadziesiąt metrów różnicy w stosunku do oryginału nie sprawi kłopotu. Dla pełniejszego uwiarygodnienia iluzjoniści musieli zabrać z tej prawdziwej Aleksandrii reflektory i działka przeciwlotnicze Boforsa. Regularne jednostki z bólem i ociąganiem wydały sprzęt, zupełnie nie wiedząc po co. Wszak sprawa udawanego portu miała możliwie najwyższą klauzulę tajności. Na tyle, na ile to możliwe, przy zatrudnieniu ponad trzystu ludzi do budowy tej makiety. Dzień, a raczej noc próby w połowie czerwca 1941 roku. Z głębokości horyzontu słychać miarowe ,złowrogie buczenie Junkersów Ju-88. Światła sztucznego portu powoli zaczynają gasnąć. Ten prawdziwy od późnego popołudnia ma wyłączone oświetlenie.Piloci bombowców kierują się prowadzeni przyrządami nawigacyjnymi na prawdziwą Aleksandrię, ale tam zalegają absolutne ciemności. Z pobliskiej zatoki prześwieca mdłe światło w pośpiechu gaszonych ostatnich lamp. Czarną kurtynę nieba przecinają słupy szperaczy. Reflektory starają się zwabić niemieckich lotników, którzy w końcu zmieniają kurs, zawierzając raczej swym zmysłom niż przyrządom. W błotach zatoki zabudowanej tekturowymi domkami i i papierowymi niemal łódkami grzęzną bomby asów Luftwaffe. Żeby Niemcom dać poczucie sensu tego nalotu, przygotowano ładunki wybuchowe i zapalające. Tak na wszelki wypadek. A niech się Krauty cieszą. Problem zaczyna się po nalocie. Zniszczeniu uległy praktycznie wszystkie budynki z dykty i całe oświetlenie. Ocalała jedynie makieta latarni. To wszystko trzeba było odbudować w ciągu nocy. Jednocześnie świadomi sprawdzania efektów nocnych nalotów przez zwiad w ciągu dnia, trzeba było wiarygodnie przedstawić zniszczenia w prawdziwej Aleksandrii. Makietę trzeba było odbudować, a jednocześnie zamarkować zniszczenia portu. Zwożono gruz i wraki samochodów, w dokach i na redach zanurzano maszty i pospawane plątaniny rur imitujących zatopione statki. Na wielkich płótnach wymalowano najpiękniejsze leje po bombach w historii i płócienne kupy gruzu. I Niemcy faktycznie połknęli haczyk. Jeszcze pięć nocy zrzucali bomby w błota pobliskiej zatoki Mayut nieświadomi mistyfikacji. Potem przestali zrzucać w ogóle cokolwiek, bo Hitler zaatakował swojego najbliższego wspólnika na wschodzie i nie było czasu na bitwy o piaskownice. A Anglicy otrzymali swoje wyczekiwane posiłki, utrzymali Kanał Sueski i ostatecznie pokonali Rommla przeganiając Niemców z Afryki.

Największą skalą tego typu teatralnych działań  mogą się pochwalić sprzymierzeni przy okazji operacji Overlord. To najpoważniejsze logistycznie wyzwanie wymagało nie tylko ogromnych środków do przerzucenia wojsk na kontynent, ale i proporcjonalnie dużych sił poświęconych na kamuflaż tychże poczynań. Doświadczenia z Afryki w dziedzinie zwodzenia Niemców, umiejętność odkodowania enigmy tak skrzętnie ukrywana przed Abwehrą, mylne informacje przekazywane przez szpiegów i stacje radiowe to w zasadzie zwykły repertuar każdej armii. A miało być o Oskarach za kostiumy, scenografię i efekty specjalne. A tym miała się zająć specjalna grupa sztabowa (23rd Headquarters Special Troops) specjalnie powołana dla dezinformowania wroga. W istocie nadano jej range armii, fikcyjnej armii ale dowodzonej przez najprawdziwszego dowódcę, mocna szanowanego przez Niemców -generała Pattona. Afera ze spoliczkowaniem podkomendnego spowodowała jego odsunięcie od jednostek liniowych ale Niemcy uważali to za wybieg. Z kolei prasa na wieść, że ma on objąć jakiekolwiek dowództwo, podniosła raban, niechcący działając na korzyść tej dezinformacji. Wszak dla Niemców nie do pomyślenia było, że Patton mógłby zostać na tyłach. Na potrzeby tej armii skrojone zostały nowe mundury z nowymi naszywkami, a paradujący w nich żołnierze mieli za zadanie być widziani wszędzie i w dużych ilościach. Kiedy decydowano o terminie D-Day brano pod uwagę fazę księżyca, pływ morza, zamglenie a nawet aktywność robaczków świętojańskich. Wiadomo było, ze optymalne warunki będą w czerwcu, zatem jeśli chce się zmylić nazistów, trzeba zacząć wczesną wiosną akcję dezinformacyjną. Znów do pracy ruszyli projektanci mody, specjaliści od aranżacji wnętrz i twórcy plakatów, całe grupy krawców i projektantów zabawek. Spod ich igieł, nożyczek i pił wyjechały całe dywizje czołgów z gumy, dywizjony samolotów z tektury i pancerne pojazdy z dykty. w prowizorycznych portach cumowało ponad 250 barek desantowych. Operacja „Fortitude” miała zmylić Niemców w kwestii miejsca lądowania inwazji aliantów, raz dając wyraźne sygnały, że celem będzie Norwegia, a innym razem, że okolice Calais. W tym celu stworzono nawet bazę dźwięków, gdzie magazynowano nagrania różnych pojazdów jadących na różnych biegach, pod górkę i z górki, szybciej i wolniej. Z głośników ogromnej mocy płynął w świat sygnał, ze w lasach północnej Anglii zgromadzona jest ogromna, gotowa do inwazji armia. Okolica miała być rozjechana przez pojazdy gąsienicowe jak pola pod Kurskiem. Czyli również Oskar za efekty dźwiękowe i zdjęcia (chociaż tu chyba dostaliby piloci Luftwaffe za zdjęcia panoramy pól pociętych koleinami przez gąsienice żłobionymi). W tym czasie stacje nadawcze wysyłają  prostym szyfrem kodowane zamówienia na dziesiątki tysięcy racji żywnościowych, zestawów opatrunkowych, tylko po to, żeby wyglądało wiarygodnie na koncentrację wojsk. Daleko za linią frontu i pięcioma plażami Normandii zrzucono kilka tysięcy manekinów na spadochronach w celu odciągnięcia części niemieckiej armii od wybrzeża. Podobnie w ramach operacji „Moonshine” zrzucono setki rozproszonych urządzeń mających wzmacniać sygnał radarów -tylko po to, żeby odciągnąć od brzegów Francji jednostki lotnictwa Rzeszy. A dalej…każdy kto oglądał „Szeregowca Ryana” wyobraża sobie, że taka jatka jak na Omaha Beach była wszędzie i na nic całe misterne mistyfikacje. Spielberg pokazał nam tylko wycinek frontu i to ten ekstremalnie będący rzeźnią. Na pozostałych plażach obyło się praktycznie bez strat. Całkowite zaskoczenie było zasługa nie tylko planistów, strategów i logistyków. To również mozolna praca krawców,projektantów i stolarzy poprzedzona brawurowymi koncepcjami  bezczelnie pomysłowych artystów, konstruktorów i iluzjonistów.

Nie da się wyliczyć o ile krócej potrwała wojna dzięki pracy tych ludzi i ich pomysłowości. Wiadomo, że gdyby dosłownie potraktować tytuł mistrza Sun Tzu , to i nagrody w dziedzinie tej sztuki powinny trafić do twórców iluzji. Za kostiumy, scenografię, efekty specjalne i efekty dźwiękowe. Choć parę kategorii jeszcze by się dało dopisać…jeśli ktoś z ewentualnych czytelników coś chce i coś wie ….