POKÓJ NIE-POKÓJ

 

W samym środku wszechświata znajduje się pewien Pokój. Najpierw mieszkała w nim mama, całymi dniami płacząc i oglądając telewizję. Pewnego dnia przez okno w dachu z nieba spadł Jack. Przywitał się z umywalką, szafą i roślinką w doniczce, a mama przywitała się z nim i od tej pory żyli wszyscy razem.

Jack wierzy, że poza pokojem, w którym mieszka, jest tylko kosmos. W jego rzeczywistości nie mieszczą się zwierzęta większe od myszy. Drzewa i góry są za duże, by istnieć naprawdę – można je oglądać tylko w telewizji, dzięki magii. To stamtąd Stary Nick przynosi jedzenie.  Tego jednego Jack nie jest pewien – czy mężczyzna jest prawdziwy, czy nie? Może tylko w połowie? Na pewno jednak jest ich dobroczyńcą, bo dzięki niemu w Pokoju pojawiają się płatki śniadaniowe, witaminy czy ubrania. Na piąte urodziny przynosi nawet chłopcu samochodzik do zabawy! Ale, niespodziewanie, mama wybiera właśnie ten dzień, by uświadomić synowi, że poza Pokojem czeka na niego… świat.

Narrację „Pokoju”, nominowanego w tym roku do Oscara w kategorii „Najlepszy film”, prowadzi pięcioletni Jack. Mam wielką ochotę opisać tu wszystkie jego przekonania i sposób, w jaki stopniowo ewoluują, ale nie ma sensu, bym zastępowała w tym film. Obserwowanie, jak kilkuletni chłopiec rodzi się od nowa, stanowi jednak tak fascynujące przeżycie, że po pierwszym seansie pozostawione przez nie wrażenie nawiedzało mnie jeszcze przez cały tydzień. Niezwykła elastyczność świadomości dziecka pozwala na ukazanie ogromu dramatu postaci matki bez sięgania po tani sentymentalizm. Film zyskuje również w ten sposób pewną subtelność – potwory, z którymi mierzy się kobieta, nie są dla dziecka zrozumiałe, częściowo nawet pozostają niezauważalne. Widz łatwo domyśla się prawdy, stojącej za beztroskimi przemyśleniami Jacka, a reżyser nie musi sięgać po sceny emanujące okrucieństwem, by utrzymać widza w stanie napięcia i niepokoju.

Ukazanie bardzo bliskiej, wręcz symbiotycznej relacji dwojga bohaterów, zdaje się stanowić nie lada wyzwanie, a jednak aktorstwo stanowi największy atut produkcji. Gra siedmioletniego w czasie zdjęć Jacoba Trembley’a jest wyjątkowo wiarygodna, co w przypadku tak młodych aktorów jest wręcz ewenementem. Z kolei Brie Larson, filmowa mama, pełnym surowych emocji aktorstwem utorowała sobie drogę do Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Jeżeli nie dla innych powodów, warto sięgnąć po tę pozycję przynajmniej dla występu tego duetu.

Z obawy, żeby przesadnym słodzeniem nie zniechęcić do seansu, kończę ten festiwal pochwał i… mam nadzieję, że nie zdradziłam zbyt wiele.