POPKULTURA I POST-PRAWDA

Wstrząsany kryzysami demokratyczny świat, podjął w minionym roku kilka bardzo kontrowersyjnych decyzji. Jeszcze więcej kontrowersji wywołują wśród komentatorów pobudki, które skłoniły społeczeństwa do radykalnego odwrotu od liberalnych ideałów, od nieźle już poznanego, zglobalizowanego w świata, w kierunku narodowych egoizmów, granicznych murów, półprawd, uproszczeń i przemilczeń. Zawrotną karierę zrobiło ostatnio słowo post-prawda i to ono znalazło się w centrum wielu analiz zmieniającej się obecnie rzeczywistości. Jakie miejsce w świecie fałszywych wiadomości ma popkultura? Co może nam dać?

Stało się

Elekcja Donalda Trumpa na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki potwierdziła, że idzie nowe. Funkcjonująca w warunkach późnego, wolnorynkowego kapitalizmu tzw. liberalna demokracja, natrafiła w Europie i USA na mur. Przyczyniły się do tego rozmaite kryzysy: ekonomiczny, migracyjny czy zaufania publicznego, ale paliwem dla tej „rewolucji” okazał się – co chyba nie powinno już nikogo dziwić – rozwój technologii. Praktycznie nieograniczony dostęp do szybkiego internetu, ogromny wachlarz mediów społecznościowych wraz z ich viralowym charakterem i przepastna baza danych składująca każdy internetowy ślad zostawiony przez miliony użytkowników Sieci, dały specjalistom od politycznego marketingu narzędzia, o jakich wcześniej mogli jedynie pomarzyć. I stało się. W trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej w USA świat obiegły rozprzestrzeniające się w zawrotnym tempie strzępy informacji, zwykle kłamstwa i pomówienia, amatorskie analizy, fotomontaże i rzeki szumu informacyjnego, którego przeciętny odbiorca nie był w stanie odpowiednio przefiltrować. W świecie tradycyjnych mediów rolę liderów opinii czy gate-keeperów przynajmniej próbowali pełnić dziennikarze, teoretycznie lepiej przygotowani i opłacani po to, by sprawdzali pojawiające się niepewne informacje, a także opatrywali je komentarzem. Gdy jednak reporterem może zostać każdy kto posiada smartfona z dostępem do internetu i jakąkolwiek aplikację do transmisji live, a ilość publikowanych każdego dnia artykułów na przeróżnych prywatnych stronach, portalach dla dziennikarzy obywatelskich, blogach, serwisach społecznościowych, wykracza poza wszelkie dające się objąć umysłem granice – wtedy materiał BBC i relacja z Periscope czy artykuł z New York Timesa i seria wpisów na Twitterze, pozornie zyskują ten sam status.

Ludzie karmieni fałszywymi wiadomościami, agresywną propagandą sprzężoną najczęściej z określonymi opcjami politycznymi, w oczywisty sposób się antagonizują. Szukają wrogów, kozłów ofiarnych i winnych zastanego stanu rzeczy. Nie ma znaczenia czy ich oskarżenia padają na establishment, uchodźców czy kogokolwiek innego, skutkiem zawsze jest izolacja, odwrót od otwartości, egoistyczna potrzeba zadbania w pierwszej kolejności o swój własny interes. Globalizacja pod amerykańskim przewodnictwem przyniosła światu, a w przytłaczającej większości jego biedniejszej części, bardzo wiele złego. Wraz z rozwojem technologii wydała jednak z pewnością choć jeden dobry owoc: dostęp do niemal nieograniczonych zasobów kultury, sztuki i wiedzy o świecie. I bardzo bym żałował, gdyby duet post-prawdy i narodowych egoizmów, ten aspekt globalizacji usiłował rozmontować. Na szczęście jest to raczej niemożliwe.

Droga bez powrotu

Muzyka, literatura, sztuki wizualne, nowoczesne formy multimedialne takie jak gry wideo czy w końcu chociażby moda i kuchnia – to wszystko dziedziny, których nie da się zamknąć z powrotem w jakichś geograficznych granicach i zmusić do służenia narodowym interesom. Jeśli nawet powstanie szczelny mur na amerykańskiej granicy z Meksykiem, nie zacznie to wcale oznaczać, że amerykańskie gwiazdy przestaną grać na meksykańskich festiwalach, a amerykanie skończą z jedzeniem tacos. Nawet jeśli w Polsce islamofobiczna histeria sięgnie jeszcze wyższych rejestrów niż obecnie, Polacy nie przestaną jeść kebabów i falafeli. Na Openerze dalej chętnie zobaczą Kanye Westa, pooglądają amerykańskie seriale i zaczytywać się będą w amerykańskim fantasy, nawet gdy Donald Trump ograniczy rolę USA w NATO. A YouTube’owe filmiki z serii We love Russia będą hitami klikalności, bez względu na wolę Władimira Putina. Na sukces jednej z najlepiej ocenianych gier wideo wszechczasów, polskiego Wiedźmina 3, nie mógłby mieć wpływu spór o Trybunał Konstytucyjny ani kryzys parlamentarny. Popkulturowa jednolitość zachodniego świata (podkreślam, że nie całego), odcisnęła zbyt mocne piętno na jego mieszkańcach, by teraz potrafili z niej zrezygnować.

Oczywiście należy się zastanawiać czy to dobrze. Do sytuacji, w której w Polsce konsumujemy tę samą kulturę co w USA, Niemczech czy Finlandii (oczywiście z zachowaniem proporcji i niuansów), doprowadziły mechanizmy rynkowe. Nie brakuje głosów, że to właśnie one są pośrednią przyczyną wszystkich kryzysów, jakie zaprowadziły nas do obecnego punktu i tym głosom ciężko odmówić racji. Jeśli jednak nawet ten sam mechanizm zaniósł sweatshopy do Bangladeszu i pozwolił 8 najbogatszym miliarderom mieć tyle majątku co biedniejsza połowa ludzkości, a także zabrał światowe gwiazdy pop na tournée po Europie, ten ostatni przypadek niebezpiecznie jest dzisiaj krytykować. Bo w świecie gdzie polityczna, religijna, rasowa czy seksualna przynależność, z nową siłą zaczynają wywoływać konflikt i agresję, może się okazać, że ostatnim polem do dialogu będzie ta miałka, zdegenerowana i niewiele warta popkultura. W Wiedźmina to każdy by sobie w końcu zagrał, no i kto nie kocha Beyoncé?

źródła:
1. https://futrzak.wordpress.com/2016/12/20/w-jaki-sposob-trump-wygral-wybory/

2. http://krytykapolityczna.pl/swiat/donald-trump-raport-buzzfeed/

3. https://www.tygodnikpowszechny.pl/wygaszanie-rozumu-146478