SŁÓW KILKA O SŁOWIE

„Na początku było Słowo a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo.”

Ten cytat ze Św. Jana to nie tylko ukłon w stronę Wielkanocy, gdzie nastrój udziela się nie tylko głęboko wierzącym, ale i tym co obchodzą Święto Jajka. Ten ewangeliczny cytat to raczej hołd złożony Słowu jako takiemu. Zresztą nie chodzi przecież o jedną z najważniejszych umiejętności człowieka, bo wszak i zwierzaki się jakoś tam porozumiewają. W tym wypadku chodzi mi raczej o Słowo w rozumieniu antycznych Greków, gdzie Logos to nie tylko słowo wypowiedziane a więc niemal zmaterializowane, ale też porządek, harmonia, pokonanie chaosu, nadanie sensu. Słowo jako znaczenie czegoś. Przecież nie tylko u klasycznych Greków wielką wagę miało słowo dane, słowo, które leczy i które rani, słowo honoru. Słowo przysięgi i dobre słowo, ale i klątwa słowem rzucona i złe słowo pogrążające kogoś w niesławie. Zwłaszcza dla nas Słowian -ludzi słowa, ludzi których słowa są na tyle zrozumiałe, by stworzyć wspólnotę, odróżniające naszych, z którymi da się zamienić słowo, od Niemców, których słów nie rozumiemy, więc są dla nas niemi. No i zwłaszcza dla nas, potomków Sarmatów, którzy verbum nobile traktowali na równi z umową zawarta na piśmie i potwierdzoną pieczęciami. Słowo nie dym, co na wietrze się rozwiewa.
To w czym problem? Pewnie w tym , że słowo to myśl powołana do życia. A jak to ładnie ujął Antoni de Saint- Exupery w historyjce z różą Małego Księcia, wiąże się z tym faktem odpowiedzialność. A współcześnie o to szczególnie trudno. Dowodów na ten kryzys komunikacyjny jest mnóstwo w każdej internetowej batalii toczonej na forach- brak zaufania do wypowiadanych przez dyskutantów sformułowań jest przyczyną natrętnie i nieznośnie domagania się podania źródeł (które i tak często same w sobie są ledwie opracowaniami, interpretacjami i opiniami). Dowodem na dewaluację znaczenia słowa są dziesiątki oszczerstw i pomówień w debatach publicznych, często bezwstydnie nazywanych postprawdą albo faktami medialnymi. Obietnice z kampanii wyborczych, relacje dziennikarzy, zapowiedzi polityków, umowy handlowe, a nawet sakramentalne „tak”, jak przyzwyczajamy się – nie niesie za sobą żadnej odpowiedzialności. Wszystkie etapy na linii myśl-słowo-czyn można bezkarnie anulować, bez konsekwencji, bo ponoszenie konsekwencji we współczesnym świecie postrzegane jest jako kara, opresja i ograniczenie swobody. Stąd tez postęp w swej zawrotnej szybkości pędzi nas ku krawędzi przepaści. Porażka wychowania bezstresowego, edukacji seksualnej czy polityki integracyjnej ma swoje źródła w odebraniu słowom ich pierwotnego znaczenia. W wyrugowaniu ze słownika pojęć odpowiedzialności, konsekwencji, podporządkowania się zasadom. Winę oczywiście ponosi nie jedna ideologia, ale każda ideologia, która znaczenia rzeczywiste zastępuje znaczeniami pożądanymi. Tak jak wmówienie ludziom głupiego porzekadła że prawda leży pośrodku – a tam jej wcale nie ma, bo prawda leży tam, gdzie leży i kompromisowość nie ma nic do rzeczy.
Problem w niemożności dogadania się to nie tylko nasze podwórko i wojna polsko-polska o krzyże, Smoleńsk, aborcje i trybunały. Nie jest to tylko kwestia konfliktu pokoleń, bo ów toczy się, odkąd ludzkość istnieje. Nie jest to spór o podłożu religijnym czy ideologicznym. To niemoc związana z posługiwaniem się tymi samymi słowami, których znaczenie pojmujemy zgoła odmiennie. To też  problem, kiedy patrzymy na to samo, a widzimy coś zupełnie innego. Tam gdzie jeden widzi pokrzywdzonych uchodźców na łódkach, inny dostrzega inwazję zdeterminowanych najeźdźców na pontonach. Tam, gdzie ktoś widzi hołd składany pięknu kobiecego ciała, inny dostrzeże zgorszenie i bezeceństwo pod przykrywką aktu. Tam, gdzie ktoś dopatruje się swobody artystycznego wyrazu i wolności twórczej, ktoś z inna optyką dostrzeże szarganie świętości i wołające o pomstę do Nieba bluźnierstwo. I tak w nieskończoność. Do tego niezrozumienie fundujemy sobie sami zaśmiecając zupełnie niepotrzebnie język zapożyczeniami, niczym nie uzasadnionymi neologizmami, lingwistycznymi potworkami, które w efekcie trywializując, wulgaryzując albo czyniąc bardziej infantylnym nasz przekaz, przerabia go na bełkotliwą pulpę. Określenie „poszeruj mi tego komcia na buniu”, co miałoby służyć udostępnieniu komentarza na portalu fb, to dostateczny powód do niebezpiecznej wolty treści pokarmowych. Nie, nie jestem skrajnym purystą językowym i zdaję sobie sprawę, że język jako forma komunikacji ulega stałej przemianie, wchłania nowe treści, a inne zwroty odsyła do lamusa. Zdaję sobie sprawę, że kibice nie wołają „wiwat, zacne zagranie, brawo maestria!!!” , choć niektóre zwroty czasem przeżywają swój renesans, jak słynny z memów obrazek nader pobudzonego klienta dyskoteki z podpisem” srogie piguły Sebastianie” . Tyle, że stosujący niejednokrotnie nowomowę slangową nie powinni mieć pretensji, że są niezrozumiani . Wszak wszelkie środowiskowe formy komunikacji wymyślono po to, żeby treści pozostawały niezrozumiałe dla profanów i utajnione, a posługujący się nimi stanowili tych wybranych, wtajemniczonych i wyjątkowych. A potem ze starymi nie mogą się dogadać … I wina jest zawsze po stronie starych, którzy nic nie kumają.

” Nadrzędnym celem nowomowy jest zawężenie zakresu myślenia? W końcu doprowadzimy do tego, że myślozbrodnia stanie się fizycznie niemożliwa, gdyż zabraknie słów, żeby ją popełnić. (…) Z roku na rok będzie coraz mniej słów i coraz węższy zakres świadomości.”G. Orwell
A jeżeli zbyt trudne będzie wyrugowanie niektórych pojęć z języka, to wtedy zastosuje się metodę podmiany. Żaden problem zrobić to ze słownikiem ludzkich pojęć, europejscy spece od inżynierii społecznej aktualnie zajmują się niepostrzeżenie podmienieniem całych społeczeństw. Jeśli nie uda się jakiegoś słowa  wykasować, to będzie na tyle często stosować się wykoślawione jego znaczenie, że ludzie już sami nie będą wiedzieli, co pierwotnie miało ono oznaczać. Jeżeli jest kłopot z upartymi odbiorcami, zawzięcie przywiązanymi do niemodnych już przecież znaczeń, to wprowadzi się nowe słowo z mądrze brzmiącym przedrostkiem albo z anglosaskim pochodzeniem.
Jako najbardziej natrętnie forsowane określenia w tej grupie wywracające dotychczasowe świata rozumienie podałbym właśnie postprawdę i hejt. Te dwa zwroty otwierają moją prywatną listę najbardziej obrzydliwych słów zaśmiecających język. Bo cóż to takiego ta postprawda? Poświęciwszy trochę czasu na dogrzebanie się do znaczenia tego nowotworu językowego dochodzę do wniosku, że to zwykłe kłamstwo ładniej nazwane. Ładniej bo modnie, pseudonaukowo i nie obnażając paskudnego charakteru kłamstwa.Właśnie celowego manipulowania wprowadzającego kogoś w błąd, a nie pomyłki czy niedoinformowania. Z perfidią i premedytacją rozsiewane w celu rozmycia pierwotnego  znaczenia i nadania mu pożądanego, zgodnego z założoną tezą w imię relatywizacji. Nie dziwi to w ogóle w dobie serwilizmu mediów wobec swoich mocodawców, utraty jakiejkolwiek niezależności przez dziennikarzy, a zwłaszcza przegnicia elit kulturowym marksizmem, dla którego deprecjacja znaczeń słów jest bronią, przed którą ostrzegał Orwell. Zawłaszczenie pojęć i zmienianie ich znaczeń daje duże możliwości manipulacji – wystarczy patriotę nazywać uporczywie nacjonalistą, a już łatwiej z niego zrobić nazistę, wystarczy ostrożność i rozwagę w kwestii przyjmowania uchodźców nazwać bezdusznością i histerią, a już powinno się przeciwnikom „kwot” najeźdźczych zrobić wstyd…etc, etc, Na dokładkę pewnie fabrykowanie „dowodów” jakie zaserwowała jedna z opiniotwórczych gazet po ŚDM, podrzucając policjantom butelki po alkoholu, żeby w sensacyjny sposób ich zdyskredytować, to nie jest ordynarne oszustwo, chamska prowokacja czy haniebna mistyfikacja – to zapewne neo-prawda. Taka, której nie ma, ale się ja stworzy. Niestety to tylko potwierdza charakter wewnętrznego konfliktu polsko-polskiego, który przeradza się w wojnę totalną. A na wojnie, jak to na wojnie – jak już to kiedyś napisał Hiram Johnson- pierwszą ofiarą jest zawsze prawda. Do tego dochodzi oczywiście problem powoływania się na wsparcie społeczne, wsparcie instytucji czy poparcie autorytetów w postaci celebrytów, gwiazd ekranu czy wątpliwej jakości naukowców. Również traktowane dowolnie i wybiórczo. Kiedy Kościół zabiera głos w sprawie polityki, naturalnym odruchem jest przypomnienie o sekularyzacji, rozdziale Kościoła od państwa i rękach precz od polityki, wagin, dzieci i czego tam tylko się dotknie. I w sumie słusznie, choć często nader histerycznie. Kiedy w jednym z kościołów Grób Pański zaaranżowano jako głębinę z pływającymi topielcami, te same środowiska, które odmawiają Kościołowi głosu, zaczynają piać z zachwytu. To ma milczeć czy nie ma milczeć w końcu? Zresztą sam Kościół tez prowadzi politykę podwójnych standardów -kiedy chodzi o wpływ na ustawę antyaborcyjną to płód jest dzieckiem człowiekiem, ale jeśli ten sam płód obumrze w szóstym – siódmym miesiącu ciąży, to na chrzest nie ma co liczyć… Kiedy mężczyzna wspiera akcję liberalizacji prawa aborcyjnego jest postępowym i cennym głosem poparcia społecznego, kiedy staje po stronie pro-life, odmawia mu się prawa głosu z racji nieposiadania macicy. Osławione 500+ to generowanie nierobów, deprawowanie i klonowanie kolejnych Sebixów , ale zasiłki i opłacanie imigrantów za nicnierobienie jest już czymś szlachetnym i budującym. Przykłady spoza naszego podwórka są zresztą analogiczne – Pani Marinie Le Pen zarzuca się bycie sponsorowaną przez Rosję (francuskie banki odmówiły jej pożyczki na kampanię), ale nikt nie śmie zarzucić panu Macronowi, że pieniądze na swoją kampanię dostał od Saudów. Czyli jak w epopei Kargulów i Pawlaków: „sąd sądem a sprawiedliwość musi być naszej stronie”. Demokracja obecnie ma mieć tylko jedną, jedynie słuszną dogmatycznie traktowaną twarz. Nie ma miejsca na dyskusje i renegocjacje – jak to ujął pan Juncker w swoim chwiejnym stylu kilku promilów : „przeciwko traktatom europejskim nie istnieją żadne alternatywy demokratyczne”. Zupełnie jak  w kultowej scenie „Rejsu” -„chodziło o sam aplauz i zaakceptowanie”.
To samo tyczy się hejtu jako zjawiska, do którego sobie każdy sam dokłada znaczenia wygodne w danej sytuacji. Dla niektórych to nawoływanie do nienawiści i przemocy, dla innych opluwanie godności i wartości , dla kogoś znów obrażanie uczuć religijnych, dla innych znów granice hejtu to od krytyki, po niezgodę z adwersarzem w dyskusji. W sumie tam, gdzie jest miejsce na wielu forach oznakowane jako „napisz komentarz”, powinno się pojawić zalecenie:” napisz pochlebny komentarz”. Nawet jeśli ktoś chwali się aborcją, a płacze nad pszczółkami czy wiewiórką, mamy w komentarzu wyrazić akceptację i zachwyt. Albo zamilknąć na wieki.
Konfucjusz twierdził, że „Naprawę państwa należy zacząć od naprawy pojęć”. Zacznijmy więc nazywać rzeczy po imieniu i kłamstwa tak zwanych dziennikarzy piętnować jako kłamstwa, a nie postprawdy. Odróżniajmy fakty od wymysłów, a nie nobilitujmy łgarstw nazwą faktu medialnego. Swoją drogą, skoro kłamstwo może być postprawdą, to gwałt może być postmiłością, kradzież postuwłaszczeniem, a zdrada postwiernością.
I jeszcze jedno, już na zakończenie określenie tak często używane w szermierce słownej, niekoniecznie na argumenty. To fobia. Obecnie ktoś nie podzielający zachwytu nad środowiskiem tęczowego postępu jest homofobem, choć wcale nie obawia się przedstawicieli LGBTQ , tylko czuje absmak na myśl o tym, co podsuwa mu wyobraźnia i co czasem widzi na paradach. Bo niby czemu „inny nie znaczy gorszy” ma z automatu oznaczać „inny oznacza lepszy” i zachwyt i akceptacja urzędowo mu się należą? Bo” cztery nogi dobre, a dwie nogi lepsze”? To samo zresztą tyczy się tak zwanej islamofobii. Piszę tak zwanej, gdyż fobia z natury to nieuzasadniony lęk przed czymkolwiek – pająkami, ciasnymi przestrzeniami, klaunami czy wężami. Tylko czy lęk przed islamem i dobrodziejstwami jakie ze sobą niesie jest taki nieuzasadniony? W świetle ostatnich wydarzeń z regularnością przynoszących krwawe żniwo, obawy są jak najbardziej zasadne. Chyba, że trzeba więcej ofiar – coś jak definicja ludobójstwa w rozumieniu rosyjskich komisji i trybunałów, poniżej miliona nawet nie ma co zaczynać rozmowy. Jaka jest liczba graniczna, żeby zdjęto już odium fobii – nikt na razie nie podał. I tu taki paradoks – skoro z osób niechętnych islamowi, a co za tym idzie przyjmowaniu imigrantów robi się osoby, które cierpią na umysłową dysfunkcję, to wszelkie próby karania za ową islamofobię są nieludzkie i niesprawiedliwe. Islamofobia ma być karana? Przecież fobie to lęki. Czy ktoś jest karany za klaustrofobię? Najpierw robi się z normalnych ludzi chorych umysłowo, a potem jeszcze i tak chce się ich karać – zmasowany atak totalny liberalnej lewicy, działania spin doktorów (specjalistów od manipulacji faktami i opiniami) i think tanków (tęgich łbów programujących działania) właśnie mają na celu zagmatwanie obrazu. Stały obraz lewicy, zarzucającej przeciwnikom zbytnie upraszczanie skomplikowanych spraw tak naprawdę ma na celu gmatwanie oczywistych prawd, żeby ludzie przestali się nimi zajmować. Prawica z definicji upraszcza skomplikowane sprawy, bo jest ograniczona.To wpisuje się w politykę establishmentu o korzeniach w szkole frankfurckiej, który odwrócił się dawno od swojego elektoratu, a każdy kto znajduje z tymże elektoratem wspólny język, jest pogardliwie nazywany populistą. Jako, że przeciętny Kowalski nie wykazał zainteresowania byciem zmanipulowanym produktem inżynierii społecznej, nie przejął wartości marksizmu kulturowego, nie był zainteresowany rozbiciem świata swoich dotychczasowych wartości i wspólnot, to przestał być pupilem elit. I nikt z dobroczyńców już go nie chce zbawiać. Znaleźli sobie nowy proletariat do zbawiania.
A my, żeby nie dać się ogłupić, musimy ważyć słowa. Nie tylko dlatego, żeby z ust nie robić śmietnika i nie tylko dlatego, że polski język piękny jest. Ale po to żebyśmy nadal mogli mówić, co myślimy, a nie tylko myśleć, co mówimy. I do kogo. I o czym .