SYMBOLICZNE 5 MINUT CZYLI PO KIEGO MI TE SKRZYDŁA

W trakcie mocno niezobowiązującego spotkania, gdzie mowa była jak zwykle o przysłowiowym wszystkim i niczym,wielkiej polityce i jeszcze większych walorach siedziska Maryni, ktoś odgruzował suchara o pijącej papudze.Tak dla przypomnienia -papuga podpijająca regularnie pod nieobecność właściciela jego trunki, po kolejnej wpadce została ostrzeżona, że kolejna recydywa zakończy się oskubaniem z piór.Oczywiście nie powstrzymało jej to przed degustacją, a właściciel zmeliorowanego barku zastał ptaszysko oskubane samo przez siebie  i tarzające się w pijackim amoku, z masochistyczną lubością wykrzykujące :”na (…) kiego mi te pióra!!!”
Kawał z brodą, co najmniej godną ajatollaha i w sumie śmieszny dla dziesięciolatka, zbiegł się jednak z wizerunkiem modnej obecnie odzieży patriotycznej prezentowanej na którymś kanale.I tu automatycznie nasunęło mi się to samo pytanie, co zamroczonej papudze…po co nam te skrzydła? Po co nam ta cała mitologia husarii i czemu akurat oni? Odpowiedź jest pozornie prosta -wszak to chluba i chwała minionych dni, powód do dumy, postrach pól bitewnych i estetyczne cudo militariów epoki nowożytnej. Trudno zaprzeczyć, skrzydła (choć do końca nie wiadomo jak wyglądały i jak były mocowane), lamparcie skóry, wyglansowane pancerze i łopoczące lance robiły i robią wrażenie.Podobnie jak zwycięstwa skrzydlatych jeźdźców, szczególnie kiedy zestawi się je z liczebnością przeciwników.Te proporcje godne Spartan w zwycięskich starciach to naprawdę mistrzostwo świata a anegdoty, którymi obrosło środowisko towarzyszy pancernych i husarzy (bo to nie to samo) są budujące jak najbardziej.Klauzule w kontraktach najemników pozwalających im na legalna ucieczkę z pola walki w razie starcia z husarią czy wstrzymanie ataku naszych austriackich sojuszników pod Wiedniem, żeby mogli popatrzeć, jak pięknie suną ci wspaniali jeźdźcy na tureckie szeregi. Budujące.Tyle, że co ?
Dla krytyków tzw. myślenia historycznego będzie to budowanie jakichś mitów, pompowanie balonika narodowej tromtadracji, podbijanie nacjonalistycznego wręcz bębenka i karmienie kompleksów utraconego imperium.Jako argumentów najczęściej w tej optyce można użyć kilku faktów- husaria nie zawsze i nie ze wszystkimi wygrywała a na każdy Kircholm i Kłuszyn znalazłyby się Żółte Wody, Piławce czy Kliszów.Dało się z tą jazda wygrać, jeśli dobrze się obwarować, zasadzić się w zagajniku lub ustawić na mocno rozmokłym terenie.Fakt.Na każda broń jest jakaś taktyka obronna, tylko trzeba czasu, żeby ją sobie wypracować (w tym wypadku prawie wiek minął). Inny argument przeciw skrzydlatym pogromcom Europy to oczywiście elitarność tejże jednostki -jako bogata szlachta bronili interesów swojej warstwy, będąc narzędziem opresji wobec własnych poddanych (Kozacy), jak również mając świadomość swej wyjątkowości, wyjątkowe też mieli żądania, niejednokrotnie z braku wiktu i żołdu łupiąc swój własny kraj. Trudno,taki mamy, czy mieliśmy, klimat i trudno, żeby od kilku wieków chowana w kulcie sarmackiej wyjątkowości szlachta, walczyła o „wolność, równość, braterstwo”.
Takoż i zachwyt nad husarią bywa postrzegany jako lekarstwo ” ku pokrzepieniu serc” ,lek na narodowe kompleksy czy próba samooszustwa.Tak jakby ten mechanizm był jakąś wyjątkową polska cechą naszych „cebulowych Januszów ” nieznaną w innych częściach świata. Jakby nikt inny nie nawiązywał do historii i nie osładzał sobie życia obrazkami chwil chwalebnych i wzniosłych.W sztuce prowadzenia sporów wszelakich (taki jeden z najulubieńszych naszych narodowych sportów), żeby zdeprecjonować przeciwnika i unieważnić jego argumenty najczęściej stosuje się prostacki chwyt :wystarczy zarzucić rozmówcy, ze powodują nim kompleksy, ze ma jakąś fobię, cierpi na jakiś syndrom bądź reaguje histerycznie …i już wiadomo, że gościa nie traktujemy poważnie , bo przecież to defekty dyskwalifikujące go jako oponenta.Szach mat i wygrał ten,kto pierwszy zdiagnozował przeciwnika jako psychicznie i mentalnie niezdolnego do walki.Nokaut na wejściu.Ale, ale …przecież, gdyby się rozejrzeć to wszystkie nacje w mniejszym lub większym stopniu cierpią na jakieś kompleksy i syndromy. Zatem to chyba norma i brak takowych jest właśnie podejrzany.
Weźmy na przykład naszych braci Czechów, jeden z najbardziej wyluzowanych i spokojnych narodów na świecie, jak by się mogło wydawać.Podczas moich wyjazdów i stołowania się w różnych gospodach zauważyłem niejednokrotnie na ścianach knajp wszelakich dekoracje w postaci cepów. Nie był to bynajmniej hołd dla ciężkiej pracy chłopa czynszowego czy pańszczyźnianego, ale wspomnienie wojen husyckich w XV wieku, kiedy na okrzyk „Czesi idą !” drżało niemieckie  rycerstwo. Mieli te swoje pięć minut, które całkiem zgrabnie opisał w swej trylogii Andrzej Sapkowski.Przegrali, owszem, ale jakiś strzęp pamięci w postaci symbolu pozostał. My moglibyśmy w lokalach umieszczać kosy kościuszkowskie, ale po pierwsze byłoby to niebezpieczne przy naszych inklinacjach do szybko rozwiązywanych sporów, po drugie nie za bardzo by się przyjęło,bo nie wiedzieć czemu większość naszych rodaków swoich antenatów upatruje wśród szlachty, mimo że 90% ma korzenie ze wsi.Nie, nie -kosy odpadają ze względów klasowych.
Tacy z kolei Francuzi do dziś jako wartę honorową hołubią kirasjerów, a jako moment chwały, do którego chętnie nawiązują, postrzegają epokę Napoleona.Tego samego zaborczego konusa, którego większość stawia w jednym szeregu z Aleksandrem Macedońskim,Cezarem i Hitlerem.U nas oczywiście inaczej, bo nam rzucił ochłap Księstwa Warszawskiego i zlał tyłki zaborcom parę razy.I jakoś im nie wstyd i nie obciachowo trzymać przed urzędem prezydenta facetów w śmiesznych hełmach i blaszanych liberiach.
Włosi, jak wiadomo z dziewiętnastowiecznych heheszków zostali stworzeni, żeby Austriacy też mogli kogoś sobie stłuc, muszą sięgać nieco głębiej w otchłanie historii.No ale, jeśli co krok się człowiek potyka o pozostałości antycznej świetności, to nie sposób nie zerknąć pod nogi i dostrzec na nich sandały rzymskiego legionisty.Bo w sumie czemu nie ?Podobnie dumny niegdyś Albion chętnie odwołuje się do okresu wiktoriańskiego, gdzie „Rule Britania”miało brzmieć na wszystkich oceanach i kontynentach.Stąd rozkosznie przegrzane głowy beefeaterów w futrzanych czapach na tle Buckingham Palace.I nic, że wyglądają archaiczne i groteskowo w czasie globalnego ocieplenia -maja ważną misję :symbolizować przekaz,że świat stał się brytyjski. No dobra, ten angielski jest najpopularniejszym językiem techniki i informatyki,choć angielski lew już dawno wyliniał i przegrał walkę z próchnicą.Zresztą te imperialne ciągoty i nostalgie czasem prowadzą do absurdalnych zestawień jak w przypadku Rosji. Tam to jest dopiero kłębowisko kompleksów, misji i syndromów. Moskwa jako trzeci Rzym świętuje najbardziej opuszczenie Kremla przez Polaków (ale ich to boli do dziś  🙂 jednocześnie twierdząc, że „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica„. Zamordowaną rodzinę Mikołaja II wynosi się na ołtarze, ale pięcioramienny  symbol bolszewickiej dyktatury nadal zdobi skrzydła rosyjskich samolotów. To wszystko tak samo logiczne jak ostentacyjne modlitwy Putina w cerkwi, tego samego Putina, który za największą tragedię XX wieku uważa rozpad ZSRR, tego samego ZSRR, który burzył cerkwie lub zamieniał je na magazyny zbożowe.Tego się nie ogarnie za szybko i chyba nawet sami Rosjanie, żeby nie dostać kręćka, z równym zaangażowaniem czczą Dymitra Pożarskiego jak i bohaterów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Do czegoś odwołać się muszą,żeby nie zwariować -nawet, jeśli wiedzą o tym jak naprawdę wyglądała wojna w wydaniu krasnoarmiejców. Zawsze jeszcze można skorzystać z mechanizmu wyparcia. A mit zostaje.

No a co nam do tego? Jak można zauważyć nie jesteśmy jakimiś dziwolągami legendami karmionymi, pazernymi na medale i przebierającymi się w dziwaczne mundury dla zaspokojenia jakichś narodowych perwersji.A czemu w pancerne blachy ? Czy nie było czegoś lepszego, bardziej pasownego i mniej teatralnego?Czy kto inny nie dał bardziej popalić naszym wrogom i nie zasłynął w Europie?A i owszem, byli tacy, tyle,że niespecjalnie na pomniki się nadawali. Lekka jazda Aleksandra Lisowskiego czyli lisowczycy to prawdziwy postrach Europy w XVII wieku, jeszcze sto lat po ich wyprawach wgłąb Rosji matki straszyły nimi dzieci.Pojawiali się znikąd, siali zniszczenie,walczyli zaciekle wiedząc, że nie mają co liczyć na litość, znikali jeszcze szybciej.Za sobą zostawiali tylko trupy,zgliszcza i zniszczenie.Takie skrzyżowanie komandosów z einsatzgruppen. Nawet na ówczesne, niezbyt wyśrubowane  normy mogliby uchodzić za zbrodniarzy wojennych, gdyby ktoś wtedy takie pojęcie wymyślił. No, ale postrach siali i ciekawość wymieszaną ze zgrozą budzili. No jak nie oni to kto? Może szwoleżerowie.No tak, ale dość krótko funkcjonowali w historycznej  przestrzeni militarnej, a to, co budziło podziw od strony wojskowej, zasługiwało na potępienie od strony etycznej czy nawet politycznej.Samosierra to majstersztyk ówczesnego blitzkriegu i wzorcowe ukazanie triumfu wysokiego morale nad warunkami topograficznymi-no tak, i pomogła Napoleonowi w okupacji Hiszpanii,rzezi Madrytu i tępienie guerrillas.Prawie jakby zachwycać się nad żołnierzami tłumiącymi jakieś nasze narodowe powstanie.Odpada, sorry panowie szwoleżerowie. No to może ułani, „malowane dzieci „. Tu byłoby łatwiej, bardziej współcześnie ,nie musieliby sie chłopcy z kompanii reprezentacyjnej męczyć w blaszanych puszkach, a do tego kojarzyliby się z pogonieniem bolszewika czy szarżą pod Rokitną .No właśnie, ale w starciu z potęgą mitu przegrywają. Mimo tego, że Wołyńska Brygada Kawalerii potrafiła skutecznie walczyć nawet z wojskami pancernymi, w zbiorowej świadomości wygrywa propagandowa durnota o szermierce ułana z lufą czołgu.Tak na marginesie, kiedyś nad kuflem piwa przekomarzając się z czeskimi znajomymi usłyszałem, że my Polacy to zawsze bez sensu z szabelką na czołgi. Riposta „a was Niemcy zdobyli na rowerach” ucięła rozmowę.Tak to okładać się można mitami i stereotypami w zasadzie bez końca ku uciesze postronnych.Niemniej jednak,w całym tym zestawieniu wychodzi jakoś mimochodem, że „koń,szabelka i butelka to Polaka miłość wielka” , niezależnie od sympatii hippicznych czy trunkowych.A w te klocki zdecydowanie najlepiej prezentuje się husaria, zarówno wizualnie, jak pod względem rycerskości ,spektakularności sukcesów i możliwości marketingowych. Bo niby można wynalazców,przedsiębiorców, działaczy czy inżynierów- wizjonerów wziąć na logo mające się kojarzyć z patriotyzmem i budzące jakieś emocje.Można, tylko nie wyobrażam sobie kibiców na Narodowym w koszulkach z Curie-Skłodowską albo Łukasiewiczem czy Eugeniuszem Kwiatkowskim. (Chociaż taka koszulka z Marią C-S ” Rad jestem żem Polon” mogłaby być ciekawa ). Symbol musi byś nośny.Nośny nawet dla jego przeciwników -bo jakże tu obśmiać i wyszydzić kogoś mało znanego i nie tak charakterystycznego.

A po co nam te skrzydła? No cóż, w czasach kiedy popkultura planowo odciąga człowieka w każdym wieku od jakiejkolwiek wiedzy i świadomości, a medialna papka sterylizuje społeczeństwo z myśli, kiedy wszelkie formy wspólnoty są atakowane jako archaiczne i groźne dla pokoju i szczęścia powszechnego, warto mieć jakiś punkt odniesienia. Widać jakie są skutki odcięcia się od własnej historii na przykładzie Niemiec czy Szwecji, gdzie z różnych przyczyn stosuje się pedagogikę wstydu i zamiata własną historię pod dywan.Oni maja trudniej może, bo trudniej pochwalić się osiągnięciami wikingów, a Niemcy nie mogą się odwołać do Rzeszy Ottonów(sama nazwa rzeszy to już brrrr), Bismarcka (tak samo brrrr) czy tradycji kajzerowskich.Nawet ich twórcy tak jak Wagner się kojarzą.No a my ? Cóż wymyślimy? Niechby to był i jeździec w blaszanym kubraku- niechby i on pomógł nie zatracić się w tym zatomizowanym zbiorze indywidualności bez żadnego poczucia wspólnoty.Niechby nas łączyły choćby i wspólne bajki i mity.Lepsze to niż nic.