TACO HEMINGWAY I DRUGA NOSOWSKA

Jakiś czas temu pisałem na łamach tego bloga o nieznośnej manierze Zbigniewa Hołdysa do wygłaszania arbitralnych opinii o młodzieży i ich głosach pokolenia. Gębę takiego trybuna młodych próbował przyprawić Taco Hemingwayowi, 26-letniemu raperowi z Warszawy, a skoro niedawno światło dzienne ujrzała jego niezapowiedziana EP-ka, warto się temu fenomenowi przyjrzeć bliżej.

Kto?

Taco Hemingway (jak mówi sam muzyk, ksywa powstała przypadkowo, pod takim pseudonimem grywał niegdyś w FIFĘ) to gorący towar na rapowej scenie przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze: wziął się znikąd. Przed Trójkątem warszawskim, swoim debiutanckim wydawnictwem, nie wypuszczał mikstejpów ani pojedynczych utworów, nie udzielał się w żadnych hip hopowych składach, nie był częścią tej kultury. Na jego soundcloudzie posłuchać można było jedynie kilku anglojęzycznych utworów, które jednak nie odbiły się praktycznie żadnym echem w środowisku. Filip Szcześniak, bo tak naprawdę się nazywa, nie jest po prostu talentem z bloku, chłopakiem, dla którego hip hop był próbą wydźwignięcia się z trudnej sytuacji materialnej albo identyfikacyjną, osiedlową koniecznością. Polsko-angielska dwujęzyczność, którą nabywał od najmłodszych lat (urodził się w Egipcie, później przebywał również w Chinach, gdzie jego ojciec prowadził interesy), pozwoliła mu uzyskać rozeznanie w tym, co w gatunku najlepsze jest w jego kolebce: Stanach Zjednoczonych. To jest człowiek interesujący się rapem również od strony teoretycznej, publicystycznej. Jeszcze przed wybuchem popularności duże wrażenie zrobiła na mnie jego recenzja To Pimp a Butterfly Kendricka Lamara. Ten wielki, zdawać by się mogło, atut Taco – osobność – jest zarówno jego przekleństwem. Twardogłowi fani rapu zarzucają mu techniczne niedociągnięcia, studencki, „miękki” wizerunek, brak korzeni i autentyzmu, miałkość tematów oraz – co chyba zawiera w sobie wszystko to i jeszcze więcej – mityczną już hipsterskość. Nikt już chyba nie wie czym ona miałaby być, jest to w każdym razie obelga. O ile z większością zarzutów – choć uważam je za kompletnie niemerytoryczne, a zdecydowanie emocjonalne – mógłbym jeszcze się zgodzić w przypadku dwóch poprzednich wydawnictw Hemingwaya, pełnych opisów codziennego życia w wielkim mieście, jakie wiodą studenci i młodzi pracownicy niższego szczebla, okraszonych podkładami raczej czerpiącymi z klasyki gatunku, niż z aktualnych trendów, to z pewnością nie w przypadku Wosku.

Co?

Wosk – niezapowiedziana 6-utworowa, darmowa EPka – ma osłodzić fanom czekanie na pełnowymiarowe wydawnictwo, które ukaże się jesienią. Praktyka znana i lubiania. Po pierwszym przesłuchaniu w uszy rzuca się przede wszystkim brzmienie. Zarówno Rumak, jak i Borucci – dwie osoby odpowiedzialne za bity – przygotowali bardzo aktualne kompozycje: mało sampli, dużo elektroniki, wolne tempa i dudniący, charakterystyczny dla trapu subbass, nadający całości ciężaru. Na tym tle wyróżnia się utwór Wiatr, ten bowiem opiera się na tanecznym, afrobeatowym podkładzie, również ostatnio niebywale modnym za sprawą Drake’a. Widać, że panowie trzymają rękę na pulsie. A jak wypada sam Taco? Lepiej. Oczywiście ciągle mieć należy na uwadze, że to raper o bardzo niewielkim dorobku (niecałe 30 utworów po polsku) i o raczej nietechnicznym podejściu do rymowania, stąd zdarzają się dość naiwne rymy gramatyczne, czasem frazy sprawiają wrażenie nieco naciąganych, a flow potyka się gdzieniegdzie o rytm. Mamy jednak utwory o czymś i po coś: jest walka z samym sobą i nieoczekiwaną popularnością (Szczerze), jest refleksja nad niespokojnym i zmieniającym się światem (BXL), jest lekka bragga o pieniądzach i koncertach z gościnnym udziałem Dawida Podsiadło (Koła). Jest też miłość i Warszawa jak to u Taco (Wiatr515). Są wreszcie dwa istotne wyznania: „Nie chcę być Tupac’iem, chcę być drugą Nosowską” i „Jestem głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia”. I te dwa zdania chyba najlepiej podsumowują tak twórczość Taco Hemingwaya, jak i jego świadomość siebie samego. To nie jest artysta aspirujący do bycia gwiazdą rapu, ani do odgrywania przewodniej roli w pokoleniowych procesach. Nagrał więc kolejną dobrą płytę, inną od poprzednich, z kilkoma naprawdę świetnymi momentami i obserwacjami. I chyba nie bardzo go obchodzą lamenty konserwatywnych osiedlowych znawców. Tych ostatnich powinno jednak obejść, że to już nie jest „rap dla tych, co nie słuchają rapu”. To po prostu dobry rap.