TEATR UBOGI INACZEJ

Przygaszone światło, zamknięta i stosunkowo niewielka przestrzeń. W centralnym punkcie sceny skrzynia-ołtarz. Atmosfera oczekiwania. Nie wiem, co się za chwilę wydarzy, lecz podskórnie wyczuwam, że nie będzie to sztuka z gatunku prostych i przyjemnych. Już same „Dziady” sprawiają, że cierpnie mi skóra, a opis stworzonego przez Teatr Obecności spektaklu każe wytężyć wszystkie zmysły.

Nie widziałam ani też nie czytałam wcześniej żadnych materiałów dotyczących „Akropolis” Jerzego Grotowskiego. Przyznaję, że samego dramatu Wyspiańskiego również w ręce nie miałam. Czy to oznacza, że zrozumienie sztuki jest poza moim zasięgiem? Wszak „Dziady, czyli dusz schodzenie z Akropolis” nie mogą istnieć bez kontekstu; Piotr Tenczyk stworzył ów dramat jako swoistą odpowiedź na realizację Grotowskiego.

Wpływy ideologii wspomnianego już teoretyka teatru widać tu bardzo wyraźnie – oszczędna forma i nacisk postawiony na aktora. Podążając za definicją teatru ubogiego autorstwa Ludwika Flaszena, przed naszymi oczyma dokonuje się magiczne przeistoczenie. Zwykła ziemia zyskuje niejedno znaczenie, raz będąc przedmiotem zabawy Rózi, innym razem – symbolem gniewu. „Żywe maski” tworzone z twarzy zastygłych w grymasach, oszczędność i powtarzalność ruchu, muzykalność wypowiedzi. Mimo braku wyraźnej granicy między sceną a widownią, świat przedstawiony wydaje się obcy i wrogi. Choć przecież nie jest tak do końca zły – ludzie zyskują możliwość ponownego spojrzenia na swoje życie i weryfikacji błędów, a także, z pomocą innych, naprawienia wyrządzonych szkód. Nie każdy uzyskuje przebaczenie, bo i nie każdy na nie zasługuje. Jak w życiu. To chyba największa siła tej sztuki – przez pryzmat „Dziadów” pokazuje mechanizm rządzący naszą codziennością.

Sześciu aktorów, lecz znacznie więcej ról, bose stopy, marne odzienie czy utytłanie w ziemi stają się sposobem na odindywidualizowanie postaci. Jest to też wyraźne odniesienie do obozów zagłady i dehumanizacji więźniów, którzy, podobnie jak zjawy u Mickiewicza, pozostają zawieszeni między życiem a śmiercią. Ich egzystencja ogranicza się jedynie do mozolnej pracy i nadziei na wyzwolenie i kres udręki.

„Akropolis” Grotowskiego kończy scena pochodu więźniów zstępujących do konstrukcji oznaczającej grób-krematorium i niosących na rękach szmacianą lalę, ucieleśnienie Zbawcy. W „Dziadach, czyli dusz schodzeniu […]” nie mogło zabraknąć podobnej sekwencji, choć w tym przypadku nie był to finał. Bo finał okazał się jeszcze mocniejszy – pozostawienie wszystkiego za sobą, bez choćby jednego spojrzenia wstecz. Czy naprawdę tego właśnie chcemy – całkowitego odcięcia się od niewygodnej przeszłości?