W CZYJEJ OBRONIE

W świecie płynnych wartości i jeszcze bardziej płynnych podziałów, zawsze, chcąc czy nie chcąc, stajemy po jakiejś stronie, nie zawsze z własnej woli, nie zawsze świadomie i nie zawsze raz na zawsze. Linie barykad wyginają się zależnie od sytuacji czy koniunktury i przebiegają w wielu miejscach tak, że raz mamy tych samych sojuszników u boku, a kiedy indziej stajemy naprzeciwko nich. Zależy o jaką sprawę kruszy się kopie w rozmowach,  deklaracjach, polemikach i wyborach. Kwestie sympatii politycznych, zagrożeń współczesnego świata, problemów etycznych czy kondycji naszej kultury, albo i szerzej cywilizacji, tworzą linie podziałów przecinające kręgi towarzyskie, szatkujące na obozy znajomych z pracy czy nawet rodziny.
I tak w zasadzie często popieramy coś lub kogoś bezrefleksyjnie wiedzeni instynktem stadnym, przyzwyczajeniami albo zwykłą irracjonalną sympatią. Rola mediów w kreowaniu takich postaw też jest nie do przecenienia. I gdyby się tak głębiej zastanowić, to trudno byłoby wyłowić jedno kryterium jakim się kierujemy kibicując którejś ze stron. Nie jest to tylko wyznacznik etyczny, bo zawsze tę samą sprawę potrafimy surowiej ocenić gdy mowa o bliskich naszemu sercu, a być Katonami dla tych, z którymi nam nie po drodze. Niejednokrotnie taką motywacją do opowiedzenia się po czyjejś stronie jest identyfikacja z normami, zasadami i dorobkiem cywilizacyjnym. Albo reprezentowanie cech jakie posiadamy lub chcielibyśmy posiadać.
Prosty przykład pierwszy z historycznego brzegu – Sparta. Kto nie słyszał o bohaterskich obrońcach Termopil przed zalewem azjatyckich, barbarzyńskich hord. Dzielni,walczący do końca, „z tarczą albo na tarczy” Spartiaci broniący rzekomo zagrożonej kolebki antycznego świata. Wręcz obrońcy demokracji. Tyle, że okoliczności walk Spartan z Persami były nie do końca identyczne z wyuczonymi. Dla imperium Achemenidów ekspedycje karne przeciw Grecji to sprawa peryferyjnej polityki i ambicjonalna wyprawa króla, chcącego pomścić wydumaną zniewagę, jaka dziesięć lat wcześniej spotkała jego poprzednika. Król królów de facto nie miał nawet zamiaru podbijać Hellady w dzisiejszym rozumieniu słowa podbój. Akurat Persja nazywana despotią byłą chyba najbardziej liberalnie traktującym pokonanych państwem w całej starożytności. Pozwalano nawet zachować władze pokonanym przywódcom, a swobody pokonanej ludności przewyższały często zakres wolności w większości niepodbitych państw. Zresztą pokonanie Babilończyków było dla biblijnych Żydów wyzwoleniem z niewoli, a Cyrus Wielki był ich wybawcą. I ta wymagająca tylko symbolicznego hołdu, a z rzadka wojskowego wsparcia (czyli niczego ponad stosunki lenne) Persja przedstawiana jest jako krwiożercza bestia polityczna. A to przed nią miała bronić Sparta. Kraj, który mógłby być pierwowzorem Tysiącletniej Rzeszy – z eutanazją niepełnosprawnych, z absolutną kontrolą państwa nad obywatelem, bez własności prywatnej. Coś jak skrzyżowanie obozu koncentracyjnego ze stalinowską utopią. Niewolnicy, czyli heloci służyli jako worki treningowe dla przyszłych maszyn do zabijania. Na nich dokonywano masowych egzekucji, kiedy organizowano kryptaje – manewry, tyle, że walka nie była pozorowana, a młodzi adepci sztuki żołnierskiej mieli się oswajać ze śmiercią wybijając całe wsie. Ale to im kibicujemy, bo jest ich mniej, bo bronią naszej europejskiej ziemi. Co ciekawe takie przeświadczenie mieli też żołnierze Wehrmachtu broniąc resztkami jednostek Berlina przed azjatyckimi hordami bolszewików….
Kiedy pogrzebiemy w starożytności, nie sposób nie natknąć się na wszechobecnych Rzymian. Tyle razy, zwłaszcza w polskiej historii, szczególnie tej pisanej łaciną, autorzy zachłystywali się w zachwytach nad rzymskim prawem, cywilizacją, porządkiem. Nieważne, że pax romana wprowadzano mieczem, że romanizacja, której zawdzięczamy akwedukty, drogi i termy odbyła się kosztem życia setek tysięcy okrutnie pomordowanych i sprzedanych w niewolę. Wszak „my som kultura śródziemnomorska” i tego się trzymajmy. Zdyscyplinowane legiony, siła i honor na powitanie, Russel Crowe w pięknej zbroi sprawiają, że w walce choćby z Germanami zdecydowana większość staje po stronie wojsk Aureliusza. Często w tym przypadku zapominamy, jak to szlachetnie trzymać stronę Dawida w walce z Goliatem. Wojny z Kartaginą, dzieje bohaterskiego i brawurowego Hannibala, los zrównanego po trzech latach oblężenia miasta – to nieważne. Przecież imperium przynosi porządek, prawo i dobrobyt. A przede wszystkim cywilizację. Naszą cywilizację. A swoją drogą, ciekawe, co byłoby gdyby to Kartagina wygrała. Czy kultura swobodnego handlu i dominacji wyrażanej sakiewką zamiast miecza wpłynęłaby na dzieje, zmieniając imperia w emporia, a podbój w rywalizację gospodarczą? Pewnie i tak ktoś wpadłby na pomysł zagarniania ziem, dóbr i ludzi. Rzymianie wydają się więc być OK, bo znamy ich, wiemy czego się po nich spodziewać, są oswojeni. Nasi.
Trochę to dziwi, że z taką lubością w czasach walk z sąsiadami w XVII wieku, w okresie rozbiorów i niewoli,  te nasze sympatie do imperium wyznającego zasadę „biada zwyciężonym” były wśród Polaków powszechne. A w tym samym czasie Orzeszkowa przewrotnie pisze swoje „Grloria Victis” …
Takie stronnicze postrzeganie świata przez pryzmat „naszości”, z punktu widzenia narratora (a historię najczęściej piszą zwycięzcy) mija się  z poczuciem uczciwości, etyką czy elementarną sprawiedliwością. Tak też w dużej mierze warunkuje nas wychowanie, media, poczucie jakieś przynależności i identyfikowanie się. Jeśli mówimy o gwałtach na ludności cywilnej w czasie II wojny światowej, to automatycznie nasuwa nam się obraz pijanego, śmierdzącego i dzikiego krasnoarmiejca, napadającego wszystko co się rusza w zasięgu wzroku. Kiedy mowa o grabieżach dzikiej soldateski, ten sam zuch ze wschodu majaczy przed oczami. Kiedy temat dotyczy bombardowań i zrównywania z ziemią całych miast, natychmiast widzimy stukasy i junkersy Luftwaffe, a nie płonące Hamburg i Drezno. Tyle tylko, że po miesiącu od wyzwolenia Paryża przez jankesów, mieszkańcy miasta światła częstokroć woleliby kontynuację niemieckiej okupacji. Historie o bitwach o Ardeny i forsowaniu Renu utrwaliły mit amerykańskich chłopców – prostych, przyjaznych, sympatycznych. Nieważne, że reprezentujących imperium. Wszak to imperium prawie nasze, głoszące prawie nasze hasła i wartości. Stali po tej właściwej stronie, więc patrzy się przez palce na drobne ekscesy. Tak samo i dziś, przecież zwycięskie US Army obala niegodziwych dyktatorów w Afryce i na Bliskim Wschodzie, niosą światło demokracji. To nic, że po ich utrwalaniu demokracji zostają gruzy i zabici. To nic, że w żadnym z krajów, gdzie dyktatorów obalono, demokracja się nie przyjęła, a wyzwolonym ludziom żyje się gorzej niż przed zaświeceniem im światła wolności. A fale uchodźców z tych wyzwolonych krajów płyną zupełnie nie tam, skąd rzekoma wolność nadeszła. Zadziwiająca ta ucieczka od wolności.
Ta siła mitu, czy jak kto woli, mistyfikacji jest ogromna i nie zawsze wiąże się z zamierzonym działaniem kreatorów naszego poczucia wspólnoty, inżynierów społecznych czy twórców polityki historycznej. Z własnego podwórka i z własnego doświadczenia też przyznaję, że ulegam często urokowi mitu. Mitu Polski jako imperium swobód, Polski jako Sarmatii Terra Felix , Polski jako regionalnej potęgi z silnymi, bohaterskimi władcami i dzielnymi królami na czele. Niedawno po lekturze Historii Polski prof. Andrzeja Nowaka dotknął mnie właśnie pewien dysonans poznawczy. I jakoś nieswojo mi się zrobiło, kiedy jeden z moich ulubionych władców pokazany został w zupełnie innym świetle, choć nie pojawił się żaden nowy fakt, żadna nowość, której bym wcześniej nie znał. Bolesław Śmiały zawsze jawił mi się jako król zdecydowany, obrońca niezależności Polski od wpływów Czech i cesarskich zakusów. Zawsze był tym, który nie uginał się nawet przed groźbami biskupa, nie dając sobie wejść na głowę choćby i w pantoflach księcia Kościoła. Owszem porywczy, momentami szalony, ale świadom swej siły, wartości i godności. A tu takie ciekawe spostrzeżenie, że bunt przeciw niemu, niezależnie od inspiracji i tego, kto na nim zyskał, był przejawem obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec nadużyć władzy. Nieważne, że pojęcie obywatela ograniczało się do grupy szlachetnie urodzonych i uprzywilejowanych (ze zdaniem plebsu żaden władca się wówczas nie liczył). Nadal imponują mi jego osiągnięcia i prowadzona w skali makro polityka – ale teraz wiem, że żyć w państwie przezeń rządzonym bym nie chciał. I bynajmniej nie zmienia to oceny relacji między tronem a infułą. Życie w kraju nieustannie organizowanych wypraw wojennych w imię niepodzielnej władzy musi być nie do zniesienia.
Podobnie ciekawie rysuje się postawa kolejnego  bohatera narodowego panteonu, i to z okresu, kiedy urodzaj na wybitne postacie był wręcz niebywały. Stefan Czarniecki, hetman z hymnu wyjęty, przykład i wzór. No i z jednej strony słusznie – jako jedn z pierwszych przeciw potopowi szablę podniósł, nie zhańbił się wiernopoddańczym klękaniem przed Karolem Gustawem. Niemniej jednak postacią bez skazy nie był.W czasie powstania Chmielnickiego prowadził polityk, która dziś określa się mianem ludobójstwa. Nie były to pojedyncze przypadki zbrodni wojennych, tylko masowy mord, systematyczny i na ogromną skalę. No, oczywiście można to złożyć na karb spirali przemocy, którą zaczęli kozacy pod Batohem, ale trudno znaleźć usprawiedliwienie dla wykopania z grobu Chmielnickiego i rozrzucenia jego szczątków. To już raczej nie ferwor bitewny. Tym bardziej, że w ówczesnym rozumieniu pojęcia Naród, trudno mówić o walce z jakimś obcym wrogiem, przed którym wszelkimi sposobami bronić Ojczyzny należy, aby absolucję otrzymać. To karna ekspedycja przeciw zbuntowanemu chłopstwu, a różnica wyznania tylko ułatwiała rozgrzeszanie się z mordu. To bez różnicy, czy pod szablę nawinął się ukraiński kozak, czy góral Kostki-Napierskiego. To była obrona swoich przywilejów, prawa posiadania, a nie walka o Ojczyznę z wrogiem zewnętrznym. Trudno byłoby żyć w czasach Śmiałego czy Czarnieckiego i czuć się swobodnie obywatelem Polski. Oczywiście, że nie można przykładać dzisiejszej miary do postrzegania ówczesnych. Porządek ma być i już. Tak samo Sparta ze swoim militarystycznym społeczeństwem, tak samo imperialny Rzym czy średniowieczna lub nowożytna Polska z naszymi bohaterami. To inny sposób myślenia. Inny, ale gdzieś tam w głębi duszy czuje się, że coś łączy, że coś ciągnie. Gdzieś na poziomie emocjonalnym Leonidas, Scypion, Bolesław II czy „szalony hetman” są „nasi”.
A dziś ? Dzisiejsi obrońcy wartości, imponderabiliów, europejskości, wolności, demokracji i prawa? O cóż mieliby się bić, nawet gdyby wrogowie sami się oznakowali i podpisywali, gdyby zadeklarowali nawet chęć zniszczenia nas i naszej „naszości”. Ani nie wiadomo przy tak głębokich podziałach w społeczeństwie i Narodzie czego mielibyśmy bronić i co jest najważniejsze. Stanąć w obronie Zachodu i Europy? A czego tu bronić? Prawa do rozpasania, zgnilizny przeżartej korupcją, bierności konsumentów, mainstreamowych mediów, permisywizmu …Na dodatek w imię postępu nader często wylewane jest dziecko z kąpielą, a za błędy popełniane w przeszłości odrzuca się en masse wszelkie zasady. A może warto stanąć w obronie jednej zasady, jednego fundamentu cywilizacji europejskiej, tego który dawał impuls do jej rozwoju? Prawa do negacji. Obecnie w lansowanej przez liberalny Zachód polityce samobiczowania negacja jest wręcz przymusem. Wolność być może polega na możliwości odrzucenia tego pędu do negacji. Zanegowania konieczności negacji. A może nie…